Recenzja horroru

Funeral Home
Tytuł oryginalny:
Funeral Home
Reżyseria:
William Fruet
Scenariusz:
Ida Nelson
Obsada:
Kay Hawtrey, Lesleh Donaldson, Barry Morse, Dean Garbett, Stephen E. Miller
Kraj:
Kanada
Rok produkcji:
1980
Czas trwania:
93 minuty






Zasiadłem do oglądania "Funeral Home" bez większych oczekiwań, pomimo że moja ksywka co bardziej obeznanym w języku angielskim od razu powinna się skojarzyć z tytułem niniejszego filmu (Embalmer = balsamator zwłok, innymi słowy pracownik zakładu pogrzebowego). Kanadyjski reżyser William Fruet to twórca raczej przeciętny, o czym świadczą tak kiepskie horrory jak "Blue Monkey" (1987) oraz opowiadający o wielkim zmutowanym wężu "Spasms" (1983). Za najbardziej udany film Frueta słusznie uchodzi "Death Weekend" z 1976 roku, brutalny i trzymający w napięciu obraz należący do kontrowersyjnego nurtu rape and revenge. "Funeral Home", występujący często pod alternatywnym tytułem "Cries in the Night", to z kolei pierwszy slasher Kanadyjczyka, na dodatek dość mocno zainfekowany "Psychozą" Alfreda Hitchcocka, ale w ogólnym rozrachunku niezbyt udany.
Urocza nastolatka o imieniu Heather ma zamiar spędzić lato wraz ze swoją babcią pomagając jej przy otwarciu hoteliku dla turystów w ponurym domostwie, gdzie dawniej mieścił się zakład pogrzebowy. Mąż starszej kobiety, z zawodu balsamator zwłok, zniknął w zagadkowych okolicznościach, "po prostu rozpłynął się w powietrzu", zostawiając żonę w trudnej sytuacji materialnej. Heather wpada w oko miejscowemu chłopakowi Rickowi, który zaczyna jej opowiadać budzące grozę historie o domu babci. Pewnej nocy Heather słyszy, jak starsza pani rozmawia z kimś w ogromnej piwnicy, gdzie od lat znajdują się oblepione kurzem pomieszczenia zakładu pogrzebowego, w których zgromadzone są trumny. Gdy wkrótce goście hotelowi zaczną znikać bez śladu, Heather wraz z Rickiem spróbuje rozwikłać tajemnicę i niechybnie stanie twarzą w twarz z czającym się w suterenie złem...
Jako slasher "Funeral Home" wypada naprawdę słabo. Ten smutny fakt potwierdza przede wszystkim niewielka dawka przemocy na ekranie oraz relatywnie niska liczba czterech zamordowanych ofiar (tzw. bodycount). Jedynie scena, gdy nierozgarnięty ogrodnik Billy zostaje zadźgany przy użyciu igły do balsamowania na króciutko przyśpieszyła mi tętno. Na szczęście Fruet potrafił chociaż wydobyć trochę grozy z piwnicznego zakładu pogrzebowego. Owo miejsce faktycznie przyprawia o dreszcze - zakurzone korytarze, słoje z żółtawym płynem wewnątrz, od których uginają się półki sutereny, dawno nie używany karawan i wszechobecne trumny. Oj, strasznie ponuro wygląda ta przesiąknięta zapachem śmierci piwnica. Szkoda tylko, że reżyser przy budowaniu nastroju często korzysta z klisz. Obowiązkowo mamy szalejącą po północy burzę, ukryte drzwi oraz czarnego kota, który prześladuje Heather. Średnio porywająca końcówka rozgrywająca się w pokrytym całunem mroku zakładzie pogrzebowym, gdzie główna bohaterka jest ścigana przez oszalałego, dzierżącego siekierę w dłoni mordercę, stanowi wyraźny ukłon w kierunku kultowej "Psychozy" Hitchcocka. Pozostaje nam jeszcze do omówienia kwestia aktorstwa, a jest ono dość przeciętne. Na pewno na uwagę zasługuje znana z takich slasherów jak "Happy Birthday to Me" (1981) oraz "Curtains" (1983) Lesleh Donaldson, bo gra całkiem przyzwoicie, a jej uroda to niezaprzeczalny atut filmu.
W zakończeniu mych wywodów pragnę zaznaczyć, że "Funeral Home" ogląda się przyjemnie, aczkolwiek bez żadnej satysfakcji. Film ten posiada potencjał, niestety nie został on nawet w połowie wykorzystany. Zbyt często z ekranu wieje nudą, grozy jest mało, a gore występuje w ilościach śladowych. "Cries in the Night", w odróżnieniu od świetnego "Death Weekend", nadaje się jedynie do szybkiego zapomnienia.