Recenzja horroru

Frontier(s)
Tytuł oryginalny:
Frontières
Reżyseria:
Xavier Gens
Scenariusz:
Xavier Gens
Obsada:
Karin Testa, Samuel Le Bihan, Aurelien Wiik, Patrick Ligardes
Kraj:
Francja
Rok produkcji:
2007
Czas trwania:
103 minuty






Zainteresowanie w Hollywood francuskim horrorem z roku na rok rośnie. A wszystko zaczęło się w 2003 roku, kiedy pełnometrażowy debiut Alexandre Aji "Haute Tension" wstrząsnął fanami kina grozy na całym świecie. Tak brutalnego, tryskającego adrenaliną i pędzącego na złamanie karku horroru nie było już dawno. Oczywiście Aja otrzymał zaproszenie od amerykańskich producentów, by zrealizować intensywny remake klasyka Wesa Cravena "The Hills Have Eyes" i wywiązał się z tego zadania w sposób conajmniej zadowalający. Twórcy znakomitego "Ils" w tym właśnie momencie wprowadzają do amerykańskich, a także do polskich kin remake horroru braci Pang "The Eye" z Jessicą Albą w roli głównej (premiera u nas 28 marca). Alexandre Bustillo i Julien Maury, odpowiedzialni za oszałamiająco dziki i brutalny slasher "Inside" (2007) pracują nad nową wersją "Hellraisera" (1987) przy głośnej aprobacie ze strony samego Clive’a Barkera. Bezkompromisowy survival horror Xaviera Gensa "Frontier(s)", którego oparty na grze komputerowej film akcji "Hitman" ongiś gościł na ekranach polskich multipleksów, w odróżnieniu od wspomnianych "Haute Tension" i "Ils" nadzwyczaj mocno bazuje na klasycznych, ale również i na współczesnych filmach grozy.
Paryż. Zamieszki bezlitośnie tłumione przez siły policyjne. Płoną sklepy i samochody. W powietrzu czuć gryzący zapach dymu. Fruwają koktajle mołotowa. Są ranni wśród gliniarzy i demonstrantów. Punkt zapalny: elekcja skrajnego prawicowca. Ścigana przez policję grupka młodych złodziejaszków z ciężarną Jasmine (Karin Testa) na czele ucieka z miasta i znajduje schronienie w obskurnym wiejskim motelu na granicy z Luksemburgiem należącym do neo-nazistowskiej rodziny Von Geisler. Familia przewodzona przez zwyrodniałego patriarchę, kórego misją jest stworzenie nowej rasy, ma wobec nowo przybyłych zdecydowanie zbrodnicze zamiary. Wkrótce powietrze przesiąknie cierpki fetor krwi z najobrzydliwszych czeluści rzeźni...
"Frontier(s)" obficie czerpie z wielu gatunkowych źródeł. I tak klaustrofobiczma sekwencja przedzierania się przez podziemne tunele kopalni, w której obiektyw kamery uwiecznia przez ułamek chwili potworne ‘dzieci’ będące owocem perwersyjnych związków kazirodczych, wydaje się być ewidentnie zapożyczona z "The Descent" Neila Marshalla. "Haute Tension" stanowi punkt inspiracyjny dla końcowych scen, w czasie których Karin Testa przechodzi przez istne piekło udręki i przetrwania. Rodzinny klan sadystycznych neo-nazistów to niechybnie echo niezapomnianej "The Texas Chainsaw Massacre" (1974) Tobe Hoopera – pojawia się oczywiście suto zastawiony stół rodzinny i senior familli (wielbiciel gwizdania) zajmujący kluczowe miejsce. Inspiracje inspiracjami, choć od razu zauważalne nie są w tym akurat przypadku drażniące, ponieważ horror Gensa ogląda się z zapartym tchem. Serwowany przez reżysera pokaz okrucieństwa i szokującej dementii wprawia widza w osłupienie i wali obuchem w łeb, acz do dusznej intensywności "Inside" nieco "Frontier(s)" brakuje. Familia neo-nazistowskich świrów przeraża wyrachowanym bestialstwem, a pare scen gore zapisuje się w pamięci na długo. Jedna z ofiar wykrwawia się niczym zarżnięta świnia, innej senior rodu przecina ścięgno Achillesa przy pomocy ogromnych szczypiec a la "Hostel", agresywny skinhead napotyka zębate ostrze piły do cięcia drewna, czego rezultatem jest najbardziej krwawa i odrażająca scena filmu. Do tego jeszcze wyśmienita eksplozja głowy, w trakcie której kawałki mózgu prawie ochlapują ekran. Dla wielbicieli makabry prawdziwa fiesta, aczkolwiek nie mogę się oprzeć wrażeniu, iż większość przemocy ukazana w filmie bywa sugerowana. Ale i tak nie umniejsza to całkiem gwałtownej siły rażenia horroru Gensa, z którego emanuje wściekłość i mizantropia bezpośrednio związana z krytyką prawicowej francuskiej administracji.
I za powyższe cenię sobie współczesny horror francuski. Za buzujący gniew i brak moralnych hamulców. Neo-nazistowski kanibalizm w galijskim wydaniu doprawdy smakuje wybornie.