Recenzja horroru

Horror Friday the 13th 8: Jason Takes Manhattan

Friday the 13th 8: Jason Takes Manhattan (Piątek Trzynastego 8: Jason Zdobywa Manhattan)

Tytuł oryginalny:

Friday the 13th 8: Jason Takes Manhattan

Reżyseria:

Rob Hedden

Scenariusz:

Rob Hedden

Obsada:

Todd Shaffer, Tiffany Paulsen, Kane Hodder, Timothy Barr Mirkovich

Kraj:

USA

Rok produkcji:

1989

Czas trwania:

100 minut

Horror Friday the 13th 8: Jason Takes Manhattan - zdjęcie 1Horror Friday the 13th 8: Jason Takes Manhattan - zdjęcie 2Horror Friday the 13th 8: Jason Takes Manhattan - zdjęcie 3Horror Friday the 13th 8: Jason Takes Manhattan - zdjęcie 4Horror Friday the 13th 8: Jason Takes Manhattan - zdjęcie 5Horror Friday the 13th 8: Jason Takes Manhattan - zdjęcie 6

O pewnych filmach można pisać wielostronicowe eseje. Ironia tej sytuacji polega na tym, że najczęściej recenzentowi najłatwiej rozpisać się o dziele koszmarnym, nieudanym, kompletnym gniocie. Z czego to wynika to temat na odrębny i dość długi wywód, dość powiedzieć, że o ósmej części Piątku z łatwością udałoby się napisać książkę. Pisząc tę recenzję musiałem bardzo powściągać swój zjadliwy język, bo kto wytrzymałby bite 20 stron pieklenia się nad tym nieszczęsnym kawałkiem celuloidowego koszmaru? Na pewno nikt, kto widział już to dzieło, bo przypominanie sobie traumy jaką była projekcja ósmej odsłony przygód Jasona wywołuje natychmiastowe dreszcze obrzydzenia. Nic dziwnego, że Paramount zawiesił kontynuowanie serii i odsprzedał prawa do niej New Line Cinema (co ostatecznie doprowadziło do historycznego cross-overu z Freddy Kruegerem). A zapowiadało się całkiem obiecująco - poszerzyć teren łowiecki Jasona, pokazać go w kompletnie nowej scenerii, tytuł wszak brzmi nad wyraz efektownie. Nic z tego...

Ulubieniec publiki, Jason Voorhees, zostaje tym razem wskrzeszony, gdy para nastolatków, chcąc spędzić upojną noc na jachcie, rzuca kotwicę na jeziorze Crystal. Kotwica niestety zahacza o linię wysokiego napięcia, która traktując prądem truchło mordercy w hokejowej masce (spoczywające na dnie od finałowego pojedynku w poprzedniej części) przywraca je do, hmm... życia. Po zrobieniu tego, co ma w zwyczaju robić z nastolatkami, które pokazują nagie ciała w pierwszych minutach filmu, Jason okrętuje się na statek wycieczkowy Lazarus, którym płynie kolejna grupa nastolatków, absolwentów lokalnego college'u (kto by się spodziewał, że gdzieś w tej głuszy w lasach New Jersey lub Connecticut mają jakiś college). Po wymordowaniu znakomitej większości uczestników wycieczki, wraz z kilkoma ocalałymi dociera do Nowego Jorku, gdzie czeka go niemiłe spotkanie z toksyczymi odpadami.

W przypadku takich filmów jestem bezradny - nie wiem jak skonstruować recenzję, od czego zacząć, co wytknąć, czy może po prostu stwierdzić - "STRZEŻ SIĘ TEJ SZMIRY!!!" i na tym poprzestać. Może warto docenić pozytywne aspekty - widok Jasona na Times Square nad wyraz cieszy oko (to zresztą jedyna sekwencja filmu, którą faktycznie kręcono w Nowym Jorku). No i tytuł jest chwytliwy. Na tym niestety plusy filmu się kończą. No, może jeszcze całkiem zabawna jest scena, kiedy Jason natyka się na Manhattanie na wielki billboard ze zdjęciem maski hokejowej i napisem 'Meet the competition'.

Przedsmak tego z jak okropnym filmem przyjdzie obcować widzowi daje już sekwencja początkowa - scenki z Vancouver udającego Nowy Jork w rytm tak upiornego glamu, że aż uszy krwawią, nie nastrajają zbyt optymistycznie. Jeśli ktoś się zżymał, że muzyka Manfrediniego w poprzednich częściach cyklu była odtwórcza i monotonna, teraz zapragnie zawołać "Harry wróć!". To co zrobił Fred Mollin, odpowiedzialny za oprawę dźwiękową, jest trudne do strawienia i tylko podnosi stopień ryzyka zdrowotnego związanego z oglądaniem tej odsłony przygód Jasona. Próba unowocześnienia pomysłów Manfrediniego, przełożenia ich na język elektroniki wypada żałośnie i straszliwie irytuje. Nie mówiąc już o tym, że nie podkreśla nastroju tylko wydatnie go burzy. Scenariusz pisany jest wedle najlepszych tradycji sagi - zero ładu i składu, zgodności z poprzednimi częściami - im idiotyczniej tym lepiej. Tu trzeba jednak oddać hołd scenarzyście (i reżyserowi w jednej osobie) - takie nagromadzenie niedorzeczności, zupełnie bezsensownych wątków, brak choćby szczątkowej wiarygodności postaci widuje się w kinie niezmiernie rzadko. Slasher nie był nigdy specjalnie ambitnym subgatunkiem horroru, ale tutaj osiągnięto niemal Mount Everest głupoty i niedorzeczności scenariusza. Mam nawet pewne podejrzenie, że żadnego scenariusza nie było, reżyser wydał jedynie polecenie aktorom - "powałęsajcie się po planie i jakoś tam was zaszlachtujemy przed kamerą". Porównując część ósmą z oryginalnym filmem widz gotów jest przyznać, że Cunningham to reżyser wielkiej klasy. Na początku filmu pojawia się w jednym z dialogów nazwisko Stephena Kinga, który miał pisać piórem ofiarowanym w prezencie Suzi. Jedno jest pewne na pewno nie pisał dialogów do tego dzieła, bo wtedy może dałoby się w mniejszych bólach przetrwać projekcję. Gdyby jeszcze choć efekty gore rekompensowały całkowitą mizerię reszty. Niestety, ponoć na skutek interwencji MPAA, sceny krwawe są wyjątkowo mało krwawe - często kluczowe momenty rozgrywają się poza kadrem i widać tylko efekt niszczycielskiej furii Voorheesa lub filmowane są z tak dalekiego planu, że kompletnie nic nie widać. Do tego wykonane kiepsko, mało realistycznie, czasem wywołują uśmiech politowania (gdy Jason wyjmuje harpunem wnętrzności ofiary) lub wręcz rechot niedowierzania (walka bokserska na dachu i dekapitacja).

Porażająca nuda, która wylewa się z ekranu skłania do snucia różnych teorii i czynienia mało poważnych spostrzeżeń, byle tylko jakoś przetrwać seans. Obserwując sceny halucynacji głównej bohaterki można na przykład pomyśleć, że cały nurt j-horroru z czarnowłosymi upiorami wyłaniającymi się z dowolnego sprzętu domowego - telewizora, wanny, telefonu, komputera i co komu jeszcze przyjdzie do głowy, tak naprawdę inspirację wziął nie z mangi, tylko z ósmej części przygód przyjemniaczka z nad Crystal Lake. Młody Voorhees pojawiający się znienacka w bulaju okrętowym - tą scenę musiał widzieć Nakata i przerobił po swojemu w Ringu! 'Jason takes Manhattan' zadaje również kłam prawicowym apologetom burmistrza Nowego Jorku, Rudolpha Giulianiego, którego innowacyjna jakoby polityka 'zero tolerance' miała przyczynić się do spadku przestępczości w mieście. Otóż Jason był pierwszy! I naprawdę skuteczny - scena rozprawienia się z narkomanami, którzy usiłują zgwałcić Suzi, jest najlepszą przestrogą przed szkodliwością heroiny i ostrzeżeniem, co może spotkać człowieka będącego w niewoli tego opioidu. Jason przywołuje też do porządku nowojorskich punków - po prostu uchyla na chwilę maskę i w mgnieniu oka aspołeczne typki przemieniają się w potulne baranki. Oczywiście dworuję sobie. Ale co ma robić widz, będąc świadkiem posunięcia zdolności materializowania się Jasona tuż przed lub za ofiarą do absurdu (jak w scenie gdy teleportuje się na maszt statku za uciekającym chłopakiem)?

'Jason Takes Manhattan' to jedyna część cyklu, której nie obejrzałem w czasach młodzieńczej fascynacji "Piątkiem". Zanim jeszcze wyszedł oficjalnie, próbowałem go nagrać z telewizji, kiedy bodaj FilmNet ją emitował. Okazało się jednak, że opatrzność nade mną czuwała - pomyliłem kasety i przez przypadek skasowałem większość tego dzieła w kilka dni po nagraniu. Chociaż z drugiej strony patrząc, gdybym obejrzał przygody Jasona w NYC kiedy gust filmowy miałem nieco inny, obcowanie z nimi nie byłoby taką katorgą. Patrząc na lata '80 w horrorze amerykańskim, nasuwa mi się pewna refleksja - tak jak Jason zarzynał zastępy nastolatków w kolejnych odsłonach serii, tak sama seria, jej wpływ i popularność, zarżnęła gatunek na kilka dobrych lat. Całe szczęście, że nie samą amerykańską produkcją człowiek żyje...

Ocena: 1/6

Autor: Grzegorz