Recenzja horroru

Friday the 13th 7: The New Blood (Piątek Trzynastego 7: Nowa Krew)
Tytuł oryginalny:
Friday the 13th 7: The New Blood
Reżyseria:
John Carl Buechler
Scenariusz:
Manuel Fidello, Daryl Haney
Obsada:
Kane Hodder, Lar Park-Lincoln, Susan Jennifer Sullivan, Kevin Spirtas
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1988
Czas trwania:
90 minut






Pod koniec lat 80-tych zrobiło się naprawdę ciasno w szeregach amerykańskich boogeymenów. Co roku ekrany zalewał kolejny pochód zwyrodnialców, pragnących zawładnąć zbiorową wyobraźnią tysięcy amerykańskich nastolatków. Markizy kin, co rusz obwieszczały narodziny nowych idoli. W samym 1988 roku, dacie powstania "Nowej krwi", powołano do życia m.in. Maniac Copa i laleczkę Chucky. Zgodnie z zasadą "dostosuj się albo giń", także jedna ze świetlanych ikon złotego wieku amerykańskich slasherów, Jason Voorhees in person, musiała się przystosować do nowych warunków. Po tragikomicznej piątej odsłonie, seria "Piątków…" znajdowała się już na skraju wyczerpania. Paramount musiał znaleźć nową receptę, by przyciągnąć widownię.
Szczęśliwie, szósta odsłona cyklu o Jasonie ("Jason żyje"), zapewniła serii odświeżający lifting. Już czołówka, w której stylizowany na Jamesa Bonda Jason oddaje strzał w kierunku widowni, świadczy o ewolucji wizerunku drapieżnego bad guya. Morderca z maską hokejową na głowie schował swój zakurzony kostium przerażającego boogeymana do szafy. Jego miejsce zajął komiksowy antybohater, któremu widzowie mieli odtąd kibicować podczas dekapitowania kolejnych generacji młodych biwakowiczów nad Crystal Lake. Zero grozy, autoironiczna konwencja i nieco komiksowy sztafaż - oto recepta na "nowego" Jasona, którą przypieczętowuje nakręcona w 1988 roku część siódma: "Nowa krew".
Fabuła tak naprawdę nie ma specjalnego znaczenia, niemniej (konwencja zobowiązuje) przedstawmy ją chociaż w zarysie. Tina Shepard już w dzieciństwie wyróżniała się nadzwyczajnymi zdolnościami psychokinetycznymi. Dar okazał się jednak jej przekleństwem (jak uczy jeden z popkulturowych klasyków: This is my gift. It is my course). Młodziutka Tina była bezpośrednim, choć nie w pełni tego faktu świadomym, sprawcą śmierci swojego ojca w jeziorze Crystal Lake. Od tego czasu dręczą ją koszmarne sny i niezatarte poczucie winy. Po pobycie w szpitalu psychiatrycznym, wraz z matką i psychiatrą powraca po latach nad owiane złą sławą jezioro. Jednak koszmar z przeszłości będzie niczym w porównaniu z tym, co czeka ją teraz.
Brzmi zachęcająco? Nie miejcie złudzeń, fabuła służy tu tylko za pretekst, by zaprezentować w jaki sposób Jason pozbywa się kolejnego tuzina nastolatków biwakujących na okolicznym campingu. Ewolucja swoją drogą, ale złote reguły serii muszą zostać zachowane! Nawet w porównaniu z poprzednimi częściami cyklu, scenariusz "Piątku 13-tego VII" prezentuje się ubogo. Szkieletowe postacie (z wyjątkiem Tiny Shepard - w tej roli śliczna Lar Park "gram jedną miną!" Lincoln), konflikt psychologiczny Tiny zaprezentowany na poziomie uwłaczającym inteligencji widza i rozwiązania akcji, których powstydziliby się twórcy "Urban Legend". Zabrakło choćby drobnej próby rozbudowania backgroundu postaci (części III i IV) czy zabawy z własną konwencją (części V i VI). A momentami scenariusz Fidelio i Haneya ociera się o śmieszność. Scenę odrodzenia Jasona, skądinąd absurdalną, da się jeszcze wytrzymać, ale sam finał filmu każe już poważnie powątpiewać w inteligencję scenarzystów.
Pozostaje więc usatysfakcjonować się oglądaniem redundantnych i nie robiących szczególnego wrażenia murder scenes. Niestety "Piątek 13-tego 7" został niemiłosiernie pocięty przez cenzurę i efekty tych cięć widać na ekranie. Z tła wyróżnia się tylko jedna z pierwszych scen, w której Jason unosi dziewczynę zawiniętą w żółty śpiwór i potężnym ciosem uderza nim o pień drzewa. Brawurowa scena, która nawet w pociętej wersji robi wielkie wrażenie!
Ujawnia się w niej równocześnie spory potencjał Kane’a Hoddera (po raz pierwszy w roli zabójcy znad Crystal Lake). Potężny aktor nie gra już bezpłciowej maszyny do zabijania, ale nadaje Jasonowi tak oczekiwanego dynamizmu i pozorów życia. Jason-zombie odszedł już w niepamięć, a komiksowa stylistyka zrobiła swoje. Wrażenie robią szczególnie te momenty, w których Buechler eksponuje nowy image Voorheesa. Ot, np. scena, w której nasz ulubieniec po raz pierwszy wychodzi z jeziora, a kamera w zwolnionym ujęciu kontempluje masywną sylwetkę Hoddera. Nie mamy już wątpliwości, kto na ekranie tak naprawdę rządzi.
Jedynie ostatnie dziesięć minut metrażu, czyli sekwencja nieuchronnej konfrontacji Tiny Shepard i Jasona, nadrabiają zaległości. Nieprzypadkowo do reżyserii filmu zaangażowano speca od efektów specjalnych, Johna Carla Buechlera. Twórca "Trolla" zrobił wszystko by, gdy paranormalne moce Tiny się uaktywnią, wykorzystać do maksimum skromny budżet filmu. Przesuwające się meble, wirujące w powietrzu kable elektryczne, gwoździe latające w powietrzu, konary drzew odmawiające posłuszeństwa… Buechler odrobił lekcję z "Carrie" Briana De Palmy i jesteśmy mu za to wdzięczni. Na dokładkę reżyser serwuje nam punktowaną z sześciu ujęć scenę wybuchu, jakby wzorowaną na mitycznej końcówce "Furii". Jeśli nawet był to mimowolny ukłon w stronę twórcy "Świadka mimo woli", to dobre wrażenie pozostaje.
Jednak dziesięć minut dobrze skrojonego kina, które choć w części wykorzystuje bardzo kuszącą ideę (pojedynek Carrie vs. Jason), nie rekompensuje mielizny całości. "Nowa krew" przypomina w sumie odgrzewane danie. Regeneracja Jasona swoją drogą, szkoda tylko, że wszystkie składniki pozostały takie same.