Recenzja horroru

Friday the 13th 4: The Final Chapter (Piątek trzynastego: Ostatni rozdział)
Tytuł oryginalny:
Friday the 13th: The Final Chapter
Reżyseria:
Joseph Zito
Scenariusz:
Barney Cohen
Obsada:
Kimberly Beck, Corey Feldman, Crispin Glover, Ted White
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1984
Czas trwania:
90 minut






"Jason Voorhees żyje, zaraz ciebie zabije" – jakiś błyskotliwy młodzian umieścił sobie taki inteligentny podpis na pewnym forum dyskusyjnym. Kiedy sobie przypominam tę wymyślną rymowankę staje mi przed oczami właśnie część czwarta, a ściślej scena w kostnicy, z której brawurowo ucieka zamaskowany ulubieniec rzesz wiernych fanów. Do kostnicy trafia rzecz jasna prościutko ze stodoły, która stała się jego chwilowym grobem w części poprzedniej. Z uporem godnym rasowego maniaka powraca w swe rodzinne strony, by znów pozbawić życia kwiat i niedoszłą przyszłość Stanów Zjednoczonych Ameryki. Tym razem przyjdzie mu się zmierzyć z nieletnim entuzjastą grozy oraz wszelkiej maści potworów, Tommym Jarvisem (w tej roli znany dziecięco-młodzieżowy aktor z lat 80-tych Corey Feldman). Będą oczywiście nagie biusty, sporo krwi i czarny humor oraz nowe motywy muzyczne Harry’ego Manfredini.
Po kiepskiej "trójce" Paramount bardziej się przyłożył i czwarta odsłona cyklu jest zdecydowanie lepsza. Na plan powrócił po nieobecności Tom Savini, który przygotowując efekty specjalne do "Ostatniego Rozdziału" oświadczył, że "unicestwi potwora, którego stworzył" (przypomnę, że Savini czuwał nad efektami specjalnymi do części pierwszej i był autorem wodogłowia na facjacie Ari Lehmana – pierwszego odtwórcy roli Jasona). Poprzednia część była zaledwie kiepskim slasherem bez wgłębiania się w historię Jasona (zauważcie, że w całej "trójce" – z wyłączeniem prologu będącym footagem z części drugiej – nie pada nawet nazwisko Jason Voorhees), w "Ostatnim Rozdziale" znowu poświęcono nieco miejsca Jasonowej przeszłości oraz matce (tu poznajemy po raz pierwszy jej imię, które wyczytać można na nagrobku). Scenarzysta Barney Cohen chciał chyba za bardzo zbratać się z uważnymi widzami i umieścił wątek turysty poszukującego zabójcy swej siostry Sandry (tej, która została przebita włócznią po ostrym numerku w parcie drugim). E. Erich Anderson niestety niezbyt pasuje do tej roli – najzwyczajniej w świecie jest miękkim waflem. Podobnie zresztą jak połowa męskiej obsady.
Poza Corey’em Feldmanem widzowie mający sentyment do kina lat 80-tych ucieszą się na widok Crispina Glovera ("Back to the future") czy też Bruce’a Mahlera (fajtłapa Feckler z pamiętnej serii "Police Academy"). Wisielczy humor scenarzysty to przede wszystkim epizod z otyłą autostopowiczką zajadającą się bananem czy też morderstwo przy pomocy korkociągu. Kolejne życiowe morały prawi nam też wątek Teddy’ego (Larry Monoson) i Jimmy’ego (Glover) poruszający się wokół skuteczności sposobów podrywania dziewcząt.
Nietrudno zauważyć, że Jason wciąż się zmienia. Równiutkie i wypielęgnowane paznokietki Richarda Brookera zamieniły się cudownie w brunatne i zrogowaciałe szpony Teda White’a – weterana kaskaderki, który nie zgodził się na umieszczenie jego nazwiska na liście płac. W przeciągu dwóch nocy Jason postarzał się okrutnie – cóż, bohater silnie ewoluuje ;) Skrystalizował się dopiero w części siódmej, gdzie na dłuższe lata wcielił się w niego Kane Hodder.
To istotnie przyjemna kontynuacja cyklu – jedna z najkrwawszych – i pomimo kolejnej porcji niedorzeczności, nieścisłości oraz wynaturzeń stanowi dobre zamknięcie pierwszej 4-częściowej porcji filmów o niezniszczalnej kreaturze znad Kryształowego Jeziora. Cały czas trzymająca się ogranych chwytów i charakterystycznych momentów dla całej serii daje się bezboleśnie przełknąć. Co prawda ilość młodzieży chcącej spędzić urlop nad Crystal Lake jest zaiste nieprawdopodobnie wysoka, ale pamiętajmy, że za kilka lat okaże się, że to niewielkie początkowo jeziorko ma połączenie z Oceanem Atlantyckim! Dodam jeszcze na deser, że reżyser filmu Joseph Zito to spec od kina sensacyjnego – to on popełnił kultowe dzieła "Missing In Action" oraz "Invasion USA" z Chuckiem Norrisem.
"Ostatni Rozdział" to czysty chwyt marketingowy. Już podczas realizacji filmu myślano nad częścią następną. Jednakowoż nie Jason miał być jej kolejną gwiazdą a jego epigon. Pomysł raczej nie chwycił – "A New Beginning" to jedna z najsłabszych części cyklu. Dopiero w 1986 roku Tom McLoughlin na nowo wskrzesił Voorheesa, który z wielką pompą, już jako gnijący zombie powrócił na ekrany kin, by znów bawić i straszyć.