Recenzja horroru

Horror Friday the 13th

Friday the 13th (Piątek Trzynastego)

Tytuł oryginalny:

Friday the 13th

Reżyseria:

Sean S. Cunningham

Scenariusz:

Victor Miller

Obsada:

Adrienne King, Harry Crosby, Kevin Bacon, Betsy Palmer

Kraj:

USA

Rok produkcji:

1980

Czas trwania:

95 minut

Horror Friday the 13th - zdjęcie 1Horror Friday the 13th - zdjęcie 2Horror Friday the 13th - zdjęcie 3Horror Friday the 13th - zdjęcie 4Horror Friday the 13th - zdjęcie 5Horror Friday the 13th - zdjęcie 6

Kilka lat temu, kiedy jeszcze pisywałem największego polskiego serwisu o grozie (czy jak to się tam nazywa), oceniłem pierwszą część 'Friday the 13th' maksymalną możliwą liczbą czaszek/punktów, za co zostałem słusznie obsobaczony przez pewnego osobnika. Na swoje usprawiedliwienie nie mam nic, mogę tylko wytłumaczyć się faktem, że oceniałem swój sentyment - ach, czasy podstawówki, fortuna tracona na automatach do gry, wypożyczanie kolejnych części "Piątku" na VHS, beztroski świat szczenięcy. Dawno już planowałem ponownie zmierzyć się z tym filmem, żeby sprawdzić jak odbiorę go po latach. Cała seria jest ciekawa również jako fenomen socjologiczny, bo to właśnie film Cunninghama, a nie 'Halloween', zapoczątkował powódź mniej i bardziej udanych (zdecydowanie częściej jednak o WIELE mniej) slasherów, które pełnymi garściami czerpały z rozwiązań zaproponowanych w "Piątku".

Fabuła "Friday the 13th" jest znana chyba każdemu, do zakończenia włącznie. Choć jak pokazuje przykład nieszczęsnej Drew Barrymore w 'Scream' może jednak nie wszyscy wiedzą o co chodzi. Więc z kronikarskiego obowiązku - w 1957 roku na obozie nad jeziorem Crystal, ze względu na nieuwagę opiekunów, którzy zajęci byli eksplorowaniem swojej młodzieńczej seksualności, tonie młody chłopiec - Jason Voorhees. W roku kolejnym dwójka młodych ludzi zostaje bestialsko zamordowana w tym samym miejscu. Obóz zostaje zamknięty. Kilkukrotne próby ponownego otwarcia go spełzają na niczym, aż po 20 latach wydaje się, że nowy turnus dzieci zostanie zakwaterowany nad jeziorem. Mieszkańcy niedalekiego miasteczka nie są zbyt zachwyceni perspektywą działającego znów Krwawego Obozu. Ale jest ktoś kto nie jest zachwycony w stopniu o wiele większym. Taka perspektywa nie podoba mu się tak bardzo, że systematycznie morduje kolejne osoby z grupki opiekunów, którzy mieli ostatecznie przygotować obozowisko na przyjęcie małych gości...

Muszę ze skruchą wyznać, że ocena, którą wystawiłem kiedyś była rażąco zawyżona. Był to ewidentny recenzencki błąd - oceniać z pamięci, bazując na swoich szczenięcych odczuciach, zatartych przez czas. Szczerze mówiąc "Piątek 13" oglądany po latach rozczarowuje, bo też i adresowany jest do zupełnie innej grupy wiekowej. To film typowo dla nastolatków, szczególnie dla tłumów odwiedzających multipleksy i zajadających się popcornem. Cel przyświecający nakręceniu go był też typowo komercyjny - producenci zwietrzyli możliwość zarobienia sporych pieniędzy po sukcesie kasowym 'Halloween' Carpentera. Wykorzystano podobny schemat fabularny i techniki realizatorskie - pierwszoosobowa kamera, niewidoczny morderca i grupa nastolatków do zaszlachtowania. Gra aktorska wprawia w zażenowanie, ale też dialogi, najwyraźniej pisane na kolanie, nie pozwalają na jakiekolwiek przekazywanie emocji, poza okrzykami śmiertelnego przerażenia. Choć nie znamy tożsamości mordercy to fabuła nie oferuje żadnych mylnych tropów, żadnych poszlak mogących zdradzić, kto jest zabójcą lub dodatkowo zagmatwać historię. Rozwiązanie pojawia się deus ex machina. Jest to o tyle ciekawe, że w licznych slasherach, które 'Friday the 13th' zainspirował, nagminnym było wprowadzanie jak największej ilości tzw. 'red herrings', aby uatrakcyjnić widzom rozrywkę przez typowanie kto z obsady jest odpowiedzialny za zbrodnie. Nikt z twórców nawet udawał bowiem, że oto powstaje wielkie dzieło filmowego horroru. Reżyseria, scenariusz i niemal wszystko w tym obrazie jest na poziomie filmów eksploatacji, bo tak naprawdę do takiej kategorii "Piątek" przynależy.

Jednak nawet biorąc pod uwagę powyższy akapit, nie można powiedzieć, że 'Friday the 13th' jest filmem całkowicie kiepskim. Opowiadana historia zgrabnie przemyka przed oczami widza. Nie wywołuje co prawda napięcia i uczucia strachu, w odróżnieniu od o wiele lepszego dzieła Carpentera, ale też i nie sposób się na nim nudzić. Akcja toczy się szybko, a kolejne morderstwa są krwawe i realistycznie przedstawione. Bo też za efekty specjalne odpowiadał sam Tom Savini. A oglądana po latach scena śmierci Kevina Bacona robi wrażenie tak samo jak za pierwszym razem. Nie jest to oczywiście gore fest na miarę innych osiągnięć amerykańskiego mistrza krwawych efektów jak np. 'Day of the Dead' Romero, ale i tak robi wrażenie. Bo też trzeba pamiętać, że film był skierowany do nastolatków i początek lat '80 to zupełnie inne czasy. "Krwawa fala" w horrorze tamtych czasów, to nie to ekscesy japońskich ekstremistów kina, robota włoskich mistrzów grozy, czy wyczyny grupy reżyserów określanych jak "splat pack" w XXI wieku. Słowa pochwały należą się także oprawie muzycznej. Harry Manfredini stworzył nastrojową i zapadającą w pamięć muzykę, która podnosi walory artystyczne "Piątku" na nieco wyższy poziom. I choć kompozytor w wywiadach mówi, jak to przemyślaną koncepcję miał odnośnie dźwiękowego ilustrowania filmu i skąd wziął pomysł na słynny motyw "ki, ki, ki ma, ma, ma", to jakoś nie kojarzę, by wspominał coś o Bernardzie Herrmannie (choć przyznaję, że dokumentalne filmy o serii oglądałem dobre wieki temu i może po prostu pamięć mnie zawodzi). A każdemu kto oglądał "Psychozę" nasuną się ewidentne skojarzenia. Ale jak już wspomniałem przecież mamy do czynienia z typowym filmem klasy B, albo nawet i C (choć akurat klasyfikując ten film należy być wyjątkowo ostrożnym, bo patrząc na kontynuacje i falę filmów nim inspirowanych, jeśli zaliczy się obraz Cunninghama do zbyt niskiej kategorii, to na kolejne części sagi i imitacje może nie starczyć liter w alfabecie), eksploatacyjnym 'quickie'.

Zyski które wygenerował "Piątek 13" były zawrotne - 40 milionów wpływów wobec półmilionowego budżetu. W myśl kapitalistycznej mentalności, która każe każdy sukces wykorzystać do cna, od razu przystąpiono do realizacji sequela, wbrew koncepcji Cunninghama. Jak się to skończyło, wszyscy wiemy - dziesięć kolejnych części, w tym jeden cross-over z bohaterem innej kasowej serii - Freddy'm Kruegerem. Do tego komiksy, koszulki, kubki, figurki i co tylko się da wymyślić, wszystko z głównym bohaterem serii - Jasonem. Kontynuacje trzymały różny poziom - niektóre da się obejrzeć z przyjemnością, o niektórych lepiej zapomnieć. Sukcesem pierwszego filmu zaskoczona była również Betsy Palmer, znana aktorka telewizyjna, która zgodziła się na rolę pani Voorhees. Jak sama stwierdziła zaakceptowała rolę Pameli myśląc: "a co mi tam, to tylko kolejny horror, który obejrzy garstka dzieciaków". Bo rola szalonej matki, która mści się za śmierć syna, była zdecydowanie odmienna od jej standardowego emploi i aktorka bała się zepsucia swojego wizerunku.

Oceniając z perspektywy czasu często wpada się w pułapkę nie tylko oceniania samego dzieła, ale i efektu jaki ono wywołało. Jako samodzielny film 'Friday the 13th' prezentuje się całkiem przyjaźnie dla mniej wymagającego widza. Nakręcona szybko historia, która pokazuje trochę golizny i kilka naprawdę dobrze zrealizowanych krwawych efektów specjalnych broni się jako przykład młodzieżowego kina grozy. Jeśli jednak analizować cały trend wywołany przez obraz Cunninghama, który pogrzebał na długie lata niemal wszelkie próby stworzenia autentycznego i dojrzałego horroru w USA, lepiej by było, gdyby "Piątek" nigdy nie powstał. "Halloween" Carpentera w zupełności by wystarczył jako kamień milowy rozwoju horroru. Tak się nie stało, dostaliśmy kolejny kamień milowy - oznaczał on wejście w epokę, w której kinematografia amerykańska nie miała do zaoferowania widzowi praktycznie nic. Ale oddajmy reżyserowi co reżyserskie - stworzył całkiem strawnego niskobudżetowca, który ogląda się bezboleśnie. I ze względu na stary sentyment, bo przecież nie walory samego dzieła, ocena trochę wyższa. A dodatkowa korzyść dla mnie jest taka, że mam nauczkę na przyszłość, żeby zawsze przed wyrażeniem opinii odświeżyć sobie omawiany obraz (bo myślę, że z takich powodów biorą się takie kwiatki, jak niektóre zaskakujące ustępy w "100 filmach grozy" Andrzeja Pitrusa).

Ocena: 3+/6

Autor: Grzegorz