Recenzja horroru
Friday The 13th (2009) (Piątek trzynastego)
Tytuł oryginalny:
Friday The 13th
Reżyseria:
Marcus Nispel
Scenariusz:
Damian Shannon, Mark Swift
Obsada:
Jared Padalecki, Danielle Panabaker, Derek Mears, Amanda Righetti, Travis Van Winkle
Kraj:
USA
Rok produkcji:
2009
Czas trwania:
97 minut






Do kin zawitała jedna z najbardziej dyskutowanych i być może oczekiwanych przeróbek w historii gatunku. Nowy "Piątek trzynastego", bo o nim oczywiście tu mowa, już w weekend otwarcia zdążył zarobić grube dolary i przesądzonym zdaje się powstanie kolejnej części. Sukces finansowy przygód Jasona AD 2009 jest dla mnie zagadką. Ale sam przecież byłem wśród tłumów podążających do kin po obu stronach oceanu by zmierzyć się z wizją Nispela. Co mną powodowało? Przecież to Jason – ikona! Przecież w młodości uwielbiałem tę serię! Ciężko mi to tak naprawdę racjonalnie wytłumaczyć (poza recenzenckimi ambicjami). Zadziałał odruch bezwarunkowy, jakiś imprint z lat szczenięcych – Piątek w kinach? No jasne, że idziemy! Ale chyba się zestarzałem, albo twórcy obrazu bezmyślnie skopiowali wszystko to, co w serii było najgorsze, bo z seansu wyszedłem z dość niepewną miną. I nawet na Bloody-Disgusting, które ma szemrane związki z producentami filmu - Platinum Dunes, wisi dwugłos recenzyjny, gdzie jedna recenzja wystawia ocenę 3/10. Coś w tym musi być, cholera.
Fabuła restartu serii odpowiada w dalekich zarysach pierwszym czterem częściom oryginalnego cyklu. Tak przynajmniej mówił o zamierzeniach reżyser. I faktycznie daje się rozpoznać znajome elementy – w pierwszych minutach widzimy śmierć Pameli Voorhees. Potem Jason biega w worku na głowie, a odciętą głowę mamusi trzyma w domu. Wrzeszcie znajduje hokejową maskę, a historia zaczyna się toczyć bardzo znajomym torem. Czyli grupka imprezowiczów nad Crystal Lake, brat szukający siostry, Jason z wachlarzem sposobów na uśmiercanie kolejnych ofiar. Scenariusz nowej odsłony Jasona to przewidywalna do bólu pośladków usadowionych w kinowym fotelu sztampa napisana po linii najmniejszego oporu.
Czy warto było czekać? Czy ktoś w ogóle czekał na kolejną krwawą eskapadę mięśniaka w hokejowej masce? Czy warto było przerabiać film Cunninghama? Odpowiedzi nie są wcale tak oczywiste. Poza jedną – na remake czekały z niepokojem, ale i ekscytacją tysiące fanów. Bo Jason to ikona kultury masowej, być może największa postać z panteonu współczesnego kina grozy. Temat popularności mordercy znad Crystal Lake zdecydowanie wykracza poza ramy niniejszej recenzji, ale wystarczy rozejrzeć się po internetowych forach, żeby zorientować się, że Jason jest jedną z najbardziej rozpoznawanych postaci z królestwa horroru. Żeby nie sięgać daleko – sam przez pryzmat wspomnień mam (czy raczej miałem) ogromny sentyment do serii. Czy warto było kręcić nową wersję? Biorąc pod uwagę, że oryginał jest obrazem mocno nieporadnym, słabo zagranym i wyreżyserowanym, mającym ewidentnie amatorski posmak kawałkiem kina eksploatacji, można było przyklasnąć pomysłowi Platinum Dunes, żeby Jasona wprowadzić w XXI wiek. Coś jednak nie zagrało.
Największy zarzut jaki mam wobec filmu Nispela to jego nijakość. Nowy "Piątek" jest miałki, dość nudny i właśnie nijaki. Oczywiście wszystko wygląda o niebo lepiej od strony technicznej – w końcu prawie 20 milionów dolarów, które kosztował, to astronomiczna suma w porównaniu z pół milionem, którym dysponował Cunningham. Niby jest wszystko do czego cykl nas przyzwyczaił, ale niedosyt jaki powstaje po wizycie w kinie jest ogromny (współczuję jumaczom oglądającym na swoich telefonach komórkowych camy rąbnięte z torrenta – to musi być prawdziwa gehenna ;-P ). Ten niedosyt jest nawet większy niż po projekcji "The Midnight Meat Train" Kitamury, gdzie też od strony scenariusza wszystko wygląda jak należy, ale efekt finalny pozostawia widza obojętnym. W omawianym tutaj przypadku moja reakcja była mniej więcej taka: no fajne, ale zaraz zaraz, o czym to tak w ogóle było? Co ja właściwie przed chwilą obejrzałem?
Na tle remake’ów innych sławnych serii "Piątek" wypada bardzo mizernie. "Texas Chainsaw Massacre" z 2003 roku, który przecież również wyszedł spod ręki Nispela, był w stanie zaoferować interesującą reinterpretację mitu Leatherface’a i naprawdę przejmujące sceny. Również 'Halloween' Roba Zombie, choć oceniony przeze mnie dość nisko, miał przynajmniej pomysł na rozbudowę postaci Myersa i rozpatrywany w oderwaniu od oryginału Carpentera stanowi porządną rozrywkę. Tym razem Nispel zdecydowanie poprawił technikalia i wrzucił nieco więcej nagich biustów. Resztę pozostawił bez zmian – irytujących i papierowych bohaterów, schematyczną fabułę i przyprawiające o mdłości dialogi. Przerobiony motyw muzyczny Manfrediniego nie robi odpowiedniego wrażenia. A już najbardziej mnie bawią wszystkie te fanbojskie analizy czy Derek Mears dobrze się wciela w Jasona. Do diabła, jakby to było najważniejsze. Choć faktycznie, pomysł żeby morderca był bardziej energiczny sprawdził się całkiem nieźle. Miejscami czuć faktyczną aurę mocy i zagrożenia, kiedy Jason poluje na swoje ofiary. Ale szczerze mówiąc, dla mnie psychopata w hokejowej masce mógłby się z powodzeniem dalej teleportować tuż za ściganych przez siebie "nastolatków" (jak nie przymierzając w części 8). "Piątek trzynastego" w konwencji realistycznej, a la wspomniany 'Halloween' Zombiego? Biegający Jason nie doda produkcji ani krzty prawdopodobieństwa. Dalej będzie to tylko i wyłącznie guilty pleasure (przynajmniej dla nieco bardziej rozgarniętych widzów). No właśnie, w dziale przyjemności mamy wspomniane już nagie biusty. Problem tylko z nimi taki, że w większości scen , w których aktorki zdejmują ubrania od pasa w górę także coś nie gra. Mimo tego, że film ma jak się zdaje być na serio, nagle widz znajduje się w kampowym królestwie lat 80. Rozumiem, że scena przy ognisku w pierwszej części filmu mogłaby się znaleźć w jakimś niskobudżetowym slasherze sprzed dwóch dekad. W przypadku obrazu Nispela wywołała u mnie pewien dyskomfort, bo uwierzyłem, że twórcy podeszli poważnie do tematu. Tymczasem otrzymałem humor dość niskich lotów i kiepską erotykę, a właściwie brak tej ostatniej. Jeszcze bardziej coś nie gra w scenie, gdzie w roli głównej występuje kolejny biust i słówko "stupendous" – w tym wypadku miałem wrażenie, że reżyser zwyczajnie nabija się ze swoich widzów. Może to wyszło nie chcący, nie wiem.
No tak, ale piszę tu, że kiepskie żarty, toporna erotyka, drewniane aktorstwo i papierowe postaci. A przecież to najbardziej oczywiste cechy slashera. Do tego widz został przyzwyczajony konsumując kolejne badziewne odsłony licznych serii lub niskobudżetowe próby zarobienia kilku dolarów na modzie na zamaskowanych morderców. Tylko jak się kręci film za 20 milionów, to można jednak oczekiwać czegoś więcej. Jedyne co mi się podobało w sumie bezwarunkowo to sceny morderstw. Seria nie była nigdy mocnym ukłonem w stronę gore/splatter, więc to co serwuje Nispel można spokojnie postawić obok grotu strzały w gardle Kevina Bacona. Jest brutalnie i krwawo, od lat 18 (śrubokręt w żuchwie, czy spalenie żywcem były naprawdę niezłe) i za to należą się wyrazy uzania twórcom. Można było się początkowo obawiać, że restart tej akurat serii będzie stargetowany pod trzynastolatków, ale jednak nie. Z drugiej strony patrząc na sumy jakie Platinum Dunes zgarnęło za "Texas Chainsaw Massacre 2003" i "TCM: The Beginning", nie wygląda to aż tak karkołomnie i ryzykownie. Mimo to duży plus dla Baya i spółki.
Ciekawostką jest, że Roger Ebert, który wraz z Gene Siskelem rozpętał autentyczną kampanię nienawiści skierowaną przeciwko Betsy Palmer i oryginalnemu filmowi w ogóle, remake ocenił na aż dwie gwiazdki. I trzeba ma przyznać rację – jest tu kilka (lub kilkanaście, zależy od nastawienia widza) momentów, kiedy można podskoczyć w fotelu, jest też kilka dość makabrycznych morderstw, więc nie jest źle. Problem natomiast jest taki – w godzinę po seansie ciężko mi było przypomnieć sobie cokolwiek z filmu. Gdyby to była piosenka, napisałbym że jednym uchem wpada, drugim wypada. Innymi słowy – do natychmiastowego zapomnienia. Oryginał po latach oceniłem na 3+. Jak więc podejść do wersji Nispela? Niemiec nie ma na swoją obronę niskiego budżetu, ani sentymentów z dzieciństwa po stronie widza. Fabularnie, aktorsko i tak dalej nowy "Piątek" należy do tej samej ligi co dzieło Cunninghama. Technicznie jest o lata świetlne dalej. I tu właśnie leży problem – dysonans między budżetem a zawartością. Ale za ową sprawność techniczną, którą na dużym ekranie faktycznie widać, podniosę ocenę o pół oczka.