Recenzja horroru

Freddy vs. Jason (Freddy kontra Jason)
Tytuł oryginalny:
Freddy vs. Jason
Reżyseria:
Ronny Yu
Scenariusz:
Damian Shannon, Mark Swift
Obsada:
Robert Englund, Ken Kirzinger, Monica Keena, Jason Ritter
Kraj:
USA
Rok produkcji:
2003
Czas trwania:
97 minut






Z nieskrywanym obrzydzeniem spoglądam na to, co dzieje się w świecie kina grozy XXI wieku nastawionego tylko i wyłącznie na robienie szmalu. W świecie, gdzie scenarzyści traktują potencjalnych widzów jak skończonych imbecyli zapychając ich mózgi bezsensownymi pierdołami o wciąganiu koksu, paleniu zioła i posuwaniu, nieśmiertelnemu posuwaniu, resztę zaś akcji spychając na drugi plan. Gdzie prawdziwej grozy nie ma wcale, a tylko jej komputerowa namiastka. Z ogromną rezerwą zatem podszedłem do już nieciekawie brzmiącego tytułu "Freddy vs. Jason", tylko po to, by sprawdziły się moje przypuszczenia.
Historia jest całkowicie wyssana z palca (a może z czegoś jeszcze innego?). W skrócie rozchodzi się o to, że Freddy Krueger pod postacią pani Voorhees każe Jasonowi, by powybijał nieco młodzieży z Elm Street w Springwood. Jason jednak woli pohasać niezależnie od konkurenta, w związku z czym prowadzi to do poważnego konfliktu między dwoma antybohaterami najpopularniejszych cykli horrorów rozpoczynających swe kariery w latach 80-tych ubiegłego wieku. Oczywiście między tę jakże wymyślną i intrygującą historię wpleciono kilku totalnie bezpłciowych młodych bohaterów oraz zabawnie nędzne i przekombinowane scenki morderstw. Zapomniano tylko o tym, że zarówno Jason jak i Freddy reprezentują gatunek zwany horrorem, bowiem horroru w tym prawie w ogóle nie uświadczymy.
Ten film jest serem, ten film jest zerem – taki naprędce wymyślony wierszyk w prostu sposób opiewa całokształt tego nieporozumienia. Oglądając to czułem się jakby ktoś mnie uwsteczniał. Niekończące się dialogi o seksualnych problemach, seksualnych podbojach i narkotykach, elokwentne i wypindrzone dupencje oraz błyskotliwi i zabójczo przystojni dżentelmeni, gadatliwa i ostro przynudzająca postać Kruegera pociągnięta do możliwie najdalszych granic absurdu a wplecenie w to wszystko wątku Voorheesa zrobione jest najzwyczajniej na siłę. Coś w sam raz dla osób z dwucyfrowym IQ. Gdy teraz sięgnę pamięcią do początków obu serii i popatrzę w jakim kierunku wyewoluowały, ogarnia mnie pusty śmiech i zażenowanie. Także postaci obu rzezimieszków, które w wieku pacholęcym spędzały mi sen z oczu dawno już wyblakły i straciły swój urok – nie są już ani straszne, ani nawet śmieszne. Żałosne są i tyle. Zwłaszcza w piorunującej końcówce, gdy walczą ze sobą z gracją godną Jean Claude Van Damme’a. Podjęta przeze mnie próba zrozumienia jakiegokolwiek elementu fabularnego tego filmu spełzła na niczym. To po prostu piramidalna bzdura żerująca na dość oklepanych i – nie oszukujmy się – przebrzmiałych wizerunkach Kruegera i Voorheesa. Duży minus również dla Seana S. Cunninghama, ojca "Piątku 13-go", który wyprodukował to gówno. Zdaje się po prostu, że kasa już dawno przesłoniła mu ambicje (przypomnę, że wujcio Sean był także producentem równie beznadziejnego "Jason Goes To Hell"). Na koniec mały apel: panie Englund, zdejm pan już tę pepperoni z twarzy, prawie sześćdziesiątka na karku, czas najwyższy przestać robić z siebie idiotę na ekranie.
Zasłużona pała. Na inną ocenę toto nie zasługuje; właściwie powinno być zero, ale ta jedynka za jedną scenę, którą zapamiętałem i która trąciła mikroskopijną namiastką grozy – sekwencję ukazującą dziewczynkę z wydłubanymi oczami. Reszta to czysta kpina, nic ponadto.