Recenzja horroru
Footprints on the Moon (Ślady)
Tytuł oryginalny:
Orme, Le
Reżyseria:
Luigi Bazzoni
Scenariusz:
Luigi Bazzoni, Mario Fanelli (Fenelli) na podst. powieści własnej M.F. pt.„Las Huellas”
Obsada:
Florinda Bolkan, Nicoletta Elmi, Peter McEnery, Ida Galli, Klaus Kinski
Kraj:
Włochy
Rok produkcji:
1975
Czas trwania:
96 minut






Sięgając po "Le orme", czyli "Ślady" (popatrzcie na załączony plakat Jana Młodożeńca), wiedziałam o tym filmie tylko tyle, że jest to mieszanina giallo, horroru i sci-fi. Po seansie rzec mogę, że nie zgadzam się z tak płytką klasyfikacją. Nie jest to typowe kino gatunkowe, choć niewątpliwie pewne tropy mogą nam to sugerować. Ale po kolei.
Bohaterką filmu jest samotna, zamożna tłumaczka, Alice (Florinda Bolkan). Pewnego dnia, z dziwnego i niepokojącego snu budzi ją telefon przyjaciółki, która właśnie wróciła z podróży. Rozmowa przypomina Alice, że nie skończyła ona ważnego tłumaczenia dla firmy. Jednak udaje się jej dokończyć pracę na godzinę 12:00. Niestety, w siedzibie pracodawców okazuje się, że owszem, przyniosła pracę punktualnie, ale... trzy dni później, niż powinna. Oszołomiona Alice uświadamia sobie, że w ogóle nie pamięta owych trzech dni. Mało tego, w swoim luksusowym i nowocześnie urządzonym mieszkaniu odnajduje dziwną pocztówkę przedstawiającą hotel w miejscowości Garma, o której nigdy nie słyszała, oraz żółtą sukienkę, na której widnieje krwawa plama. Alice dzieli się swoimi wątpliwościami z zaprzyjaźnioną psycholożką (Ida Galli), która tłumaczy jej, że jest przemęczona, a do tego bierze środki, które mogą spowodować podobne objawy. Alice postanawia jednak sprawdzić, gdzie leży Garma, co się tam wydarzyło i jaki to może mieć związek z jej amnezją. Na miejscu zostaje rozpoznana przez córkę turystów (dziecięca gwiazda włoskiego kina lat 70., Nicoletta Elmi) jako Nicole, która bawiła tu kilka dni temu. Z początku błądząc, bohaterka zaczyna powoli składać elementy zagadki w upiorną całość, gdzie ona sama pełni rolę ofiary przerażającego spisku.
"Le orme" wymaga od widza cierpliwości. Wydarzenia biegną swoim torem, akcja rozwija się powoli. Jednak całość niepokoi i trzyma w pewnym napięciu. Spokojne tempo filmu ułatwia rozkoszowanie się pięknymi zdjęciami samego Vittorio Storaro, który znakomicie oddał zarówno elegancki chłód nowoczesnej dzielnicy Rzymu, EUR, gdzie mieszka i pracuje bohaterka, jak i tajemniczość orientalnej scenerii filmowej Garmy, którą "udawały" tureckie Phaselis, pełne prastarych ruin, Stambuł i Valtur. Szczególny zachwyt budzą zdjęcia wnętrz urządzonych z niebywałym smakiem, ukazujące modę na secesję, która znalazła swoje odzwierciedlenie w wielu włoskich filmach powstałych w tamtym czasie. Świetne są również czarno-białe sekwencje sennych wizji Alice, przedstawiające w zasadzie kolejne fazy tego samego snu, w którym występuje diaboliczny profesor Blackmann (ciekawy epizod Klausa Kinskiego), testujący na księżycowych astronautach kontrolę nad ludzkimi umysłami. Owe sny ukazano trochę w manierze filmów sci-fi z lat 50., zresztą w pewnym momencie Alice mówi przyjaciółce, że śni się jej film, którego nie skończyła oglądać. Wszystko to zostało zilustrowane piękną, intrygującą ścieżką dźwiękową Nicoli Piovaniego, autora muzyki do "Il Profumo della signora in nero" Francesco Barillego i "Flavia, la monaca musulmana" Gianfranco Mingozziego, w którym również wystąpiła Bolkan. A skoro o niej mowa, to jej gra w "Le orme" jest świetna.
Film Bazzoniego zdecydowanie wybija się spomiędzy masy włoskich produkcji tego czasu – nie ma w nim krzty kiczu, blichtru, czy karkołomnych kombinacji scenariuszowych, które cechują tak wiele z nich, nie ma też krwawych scen, jest za to elegancja, prawdziwa tajemnica, piękno i smutek. Przypomina mi wspomniany "Il profumo della signora in nero", gdzie bohaterka również zostaje postawiona wobec tajemnicy przerastającej jej zdolności poznawcze. To film przesycony melancholią, w którym nic nie zostaje podane na tacy. Wszystkie elementy zostały właściwie wyważone, aż do samego końca, który na długo zapada w pamięć. Jednak również dzięki tej końcówce możemy zauważyć, jak płynna, acz znacząca, jest różnica gatunkowa między filmami Barillego i Bazzoniego. Reżyser "Le orme" jest bardziej znany z "Giornata nera per l'ariete"("The Fifth Cord"), ewentualnie z "La donna del lago" ("The Possessed") i choć ogólnie w jego dorobku nie ma zbyt wielu tytułów, to są one dobrze oceniane przez widzów. Ten film z pewnością mogę polecić miłośnikom niebanalnej włoszczyzny, którzy z pewnością docenią tę intrygującą, choć smutną historię.