Recenzja horroru

Final Stab
Tytuł oryginalny:
Final Stab
Reżyseria:
David DeCoteau
Scenariusz:
David DeCoteau, Matthew Jason Walsh
Obsada:
Jamie Gannon, Melissa Reneé Martin, Erinn Hayes, Laila Reece Landon
Kraj:
USA
Rok produkcji:
2001
Czas trwania:
80 minut






Kontrowersji raczej nie wzbudza twierdzenie, że "Scream" duetu Craven i Williamson był najważniejszym horrorem lat '90 ubiegłego wieku. Przynajmniej na gruncie kultury euroamerykańskiej inteligentnie bawiąc się konwencją, tchnął nowe życie w lekko zamierający gatunek. Żadnych kontrowersji nie wywołuje natomiast obserwacja, że sukces filmu twórcy postaci Freddy'ego Krugera zapoczątkował całą falę mniej (to częściej) i bardziej (zdecydowanie rzadziej) udanych nawiązań, kontynuacji, prób wskrzeszenia glorii dawnych dni slasherowego subgenre'u. Drugim istotnym zjawiskiem związanym z "Krzykiem" było położenie silnego nacisku na autotematyczność, intertekstualność i mruganie okiem do widza w obrębie kina grozy. Horror w zasadzie od zawsze był pełen odniesień do tradycji gatunku, pojawiały się zapożyczenia z klasyki (również w formie parodystycznej), postaci nosiły imiona reżyserów i aktorów występujących we wcześniejszych produkcjach, a i nie brakło metafilmowej refleksji nad filmem mającym wywoływać strach. Ale w dobie post-Krzykowej niemal w co drugim obrazie powstałym na fali mody, pojawiają się nawiązania a to do "Friday the 13th", a to do "Halloweenu", a bohaterowie tych produkcji co chwila wygłaszają stwierdzenia w stylu "gdyby to był horror, to morderca...". "Final Stab" można zaliczyć do szerokiego grona takich właśnie filmów. Szczególnie, że roboczy tytuł filmu Davida DeCoteau podobno brzmiał "Scream 4".
Charliego dręczą koszmary. Jego rodzice zostali w bestialski sposób zamordowani, czego był naocznym świadkiem, a sprawców nigdy nie odnaleziono. Spędził kilka lat w odosobnieniu lecząc się psychiatrycznie, lecz wciąż nie może dojść do siebie. Ma jednak czułą i troskliwą dziewczynę - Angelę, która wspiera go w kłopotach. Kristen, siostra dziewczyny organizuje weekendową imprezę w domku położonym na odludziu. Ma to być zabawa pojednawcza, bo ostatnio między siostrami nie działo się najlepiej. Angela zabiera ze sobą Charliego, choć ten jest dość sceptycznie nastawiony do całego pomysłu. Na miejscu pojawiają się również osoby ze starej paczki wspomnianej trójki. A dodatkowo żądna zemsty na Kristen grupka chłopaków z zupełnie innej bajki. To co miało być dobrą zabawą i okazją do zgody, szybko okazuje się przewrotną grą zaplanowaną przez Kristen. "Murder Mystery Weekend" to jej sposób na dojście do sporych pieniędzy. żądni wrażeń ludzie mieliby bawić się w "grę w morderstwo" w konwencji znanej ze slasherów. Jednak nie wszystko okazuje się tak proste i nie wszystko potoczy się zgodnie z planem.
Na pewno niektórym twórcom na zdrowie wyszło wzorowanie się na błyskotliwości scenopisarskiej Kevina Williamsona. Zamiast tworzyć kolejny tradycyjny slasher, który od poprzednich różniłby się wyłącznie wydumaną motywacją lub tożsamością mordercy, DeCoteau postanowił wygrać parę rzeczy wynikających z autotematyczności, samozwrotności i odniesień do znanych zarówno widzom i bohaterów "Final Stab" horrorów i ich reguł. Tworzy to kilka ciekawych sytuacji, jak wtedy, gdy bohaterowie zwracają się do martwego kolegi, sądząc, że nadal gra on swoją rolę. Albo scena wręcz ukradziona z "Krzyku", gdy bohaterka udaje przed mordercą przerażenie, bo uważa go za wynajętego aktora. Albo gdy wynajęty aktor stwierdza, że krew prawdziwej ofiary "nawet nie wygląda na prawdziwą". Takie smaczki wydatnie zwiększają przyjemność płynącą z projekcji. Zwłaszcza oparcie filmu na pomyśle "gry w slasher" zmusza scenarzystę do szukania miejsc, w których mógłby podważyć oczekiwania widza, który przecież jest doskonale świadomy w jaką grę gra. Zwroty akcji dawkowane są umiejętnie i całość prezentuje się nader spójnie, co jest ewenementem w tym podgatunku horroru. Nawet rysunek postaci jest delikatnie pogłębiony (na ile jest to oczywiście możliwe w filmie tej klasy). Angela i Charlie pochodzą z różnych klas społecznych i różnice w statusie materialnym są przyczyną napięć między nimi. Co więcej określają również do pewnego stopnia relacje z pozostałymi postaciami opowieści. Nie chcę jednak sugerować, że "Final Stab" ma jakiekolwiek aspiracje krytyczne (zwłaszcza, że ten akurat motyw zapożyczony jest z "I Know What You Did Last Summer"). Boże broń! Ale burżujom się dostaje;-) A poważniej mówiąc, mamy chyba do czynienia z delikatną krytyką schematu znanego z kolejnych opowieści o tajemniczych mordercach w dziwacznych maskach - młodzi i piękni bohaterowie, kasy jak lodu, a największy problem to gdzie znaleźć ustronne miejsce by skonsumować swoją młodość.
Na pewno drażni w "Final Stab" muzyka. Niby jest skomponowana według prawideł ścieżek dźwiękowych do filmów grozy - w chwilach napięcia muzyka wzmaga się, by wywoływać niepokój, użyte instrumentarium jest jak najbardziej kanoniczne. Ale gdy owo tak potrzebne w horrorze napięcie próbuje się wywoływać co dwie minuty i to dość pompatyczną muzyką, efekt osiąga się mizerny. Ta pompatyczność bierze się stąd, że ten kto popełnił muzykę do dzieła DeCoteau po pierwsze przeczytał pewnie jakiś FAQ "Tworzenie muzyki w slasherach" i słowa poskładał w zdania pojedyncze, ale złożonych podrzędnie już nie zrozumiał - ta muzyka jest mechaniczna, jakby pisana przez robota. Po drugie nie zna umiaru ani proporcji i sądzi chyba, że im więcej/głośniej tym lepiej. Nie trzeba wspominać, że aktorstwo w "Final Stab" stoi na żenującym poziomie. Ale robić zarzutu z tego nie zamierzam. Zatrudnianie fatalnych aktorów to rzecz, którą reżyserzy tego podgatunku horroru podnieśli niemal do rangi sztuki. Warto natomiast docenić całkiem przewrotną fabułę filmu i wspomniane wyżej smaczki autotematyczne. Choć rewelacji nie ma się co spodziewać. Wydaje mi się jednak, że zarówno widz bezrefleksyjny czy tak zwany "naiwny", jak i krytyczny, mogą się nieźle na nim bawić.
Ten film jest przewrotny pod jeszcze jednym względem. David DeCoteau swego czasu kręcił filmy dla Full Moon Pictures, postanowił jednak założyć własną wytwórnię i skierować kolejne produkcje do określonej, jeszcze bardziej specyficznej, grupy odbiorców. Analizując "Final Stab" pod względem konstrukcyjnym, zaskoczony widz może dojść do bardzo ciekawych spostrzeżeń. Oto sekwencja otwierająca film, gdzie w ciemnym domu prześladowca zdaje się czyhać na swoją ofiarę. Niby dobrze znany schemat - rozmowa telefoniczna, oczekiwanie, scena pod prysznicem, podczas której musi się coś wydarzyć... Znacie to? No pewnie! A jednak nie do końca. Bo tu postacią prześladowaną jest mężczyzna. A pod prysznic trafia nawet dwa razy, z celebrowaną zwykle w takich sytuacjach sekwencją zdejmowania garderoby, w tym bielizny. Młody mężczyzna i nieźle zbudowany (o tym czy przystojny nie wyrokuję, bo sie na tym nie znam;-). W trakcie rozwoju akcji kamera o wiele więcej czasu poświęca postaciom męskim, a reżyser konstruuje takie sytuacje, by ukazywać sporo nagiego męskiego ciała. DeCoteau przewartościowuje konwencje slashera, każąc wybrać się do odludnej posesji towarzystwu mieszanemu ze znaczną przewagą facetów. Gdy w normalnym slasherze do imprezy dołączyłyby trzy ponętne (mniej lub bardziej, bo różnie to w tego typu filmach bywa) dziewoje, by się upić, dać obmacać, a następnie zaszlachtować; tu mamy trzech ubranych w obcisłe t-shirty chłopaków. Co prawda nikt ich nie obmacuje, ani się nie upijają, ale kończą z poderżniętymi gardłami. Czyżby więc film, który w myśl klasycznych schematów interpretacyjnych pozwalał zrealizować się zazwyczaj represjonowanemu spojrzeniu kobiecemu? Też nie do końca. Scena zabójstwa jednej z dziewczyn, oprócz tego że brutalniejsza (zamiast jednego pchnięcia nożem, morderca dosłownie masakruje ofiarę), jest jeszcze obserwowana przez jej chłopaka, który wyraża uznanie dla dobrej roboty charakteryzatorskiej. Więc jeśli nie typowy horror "seksistowski" (jak chciałyby feministyczne autorki zajmujące się gatunkiem), ani feministyczny to jaki? Zdaje się, że DeCoteau zwraca się do publiczności gejowskiej. Chociaż ten fakt również nie jest jednoznaczny. Dwóch bohaterów miało ze sobą romans - czyli film afirmatywny wobec mniejszości seksualnych? I znowu do pewnego stopnia pudło, bo fakt zażyłości między mężczyznami jest wykorzystywany do szantażowania przez Kristen jednego z nich. W późniejszych filmach reżyser podobno poszedł jeszcze bardziej w stronę kina otwarcie już gejowskiego. "Final Stab" to całkiem ciekawa wprawka, którą może obejrzeć z przyjemnością nawet zajadły homofob. Nie jest to kino bardzo dobre, ale na pewno trochę powyżej przeciętnej. A dodatkowy plus daję mu za twórcze podejście do zgranej materii i chęć łamania schematów (choćby i w tak schematyczny sposób;-)