Recenzja horroru

Evil
Tytuł oryginalny:
Kako, To
Reżyseria:
Yorgos Noussias
Scenariusz:
Yorgos Noussias
Obsada:
Meletis Georgiadis, Yannis Katsambas, Pepi Moschovakou, Mary Tsoni
Kraj:
Grecja
Rok produkcji:
2005
Czas trwania:
80 minut






Niezbyt często zdarza się pochodzący z Grecji horror. Miłośnicy filmów eksploatacji pamiętają na pewno "Island of Death" Nico Mastorakisa i cudownie zwichrowany "Singapore Sling" Nikosa Nikolaidisa. Niektórzy być może widzieli jeszcze "Attack of Giant Moussaka", ale na tym praktycznie lista się kończy. Z tym większym zainteresowaniem podszedłem do dość jeszcze świeżej, bo sprzed dwóch lat i raczej mało znanej produkcji "To Kako". Nakręcony za niewielkie pieniądze, reklamowany jako pierwszy "zombie movie" zrealizowany w kraju sera feta i oliwek, jest całkiem przyjemną niespodzianką.
Trójka robotników zostaje zaatakowana w podziemnym wykopie przez nieznaną istotę. Ze starcia wychodzą pozornie bez szwanku, wracają do domów i próbują wieść normalne życie. Normalność jednak zostaje dramatycznie zdruzgotana, gdy z czerwonym błyskiem w oku rzucają się by przegryźć tętnice szyjne swoich najbliższych. A pogryzieni, zarażeni głodem ludzkiego mięsa, rzucają się na kolejnych. Zaraza opanowuje całe miasto. Wkrótce okazuje się, że ocalało tylko kilka osób. Córka jednego z robotników, jej sąsiadka, atrakcyjna nastolatka i wyszczekany taksówkarz, mężczyzna w sile wieku, uzbrojony w siekierę i shotguna i nie do końca chyba zdrowy psychicznie żołnierz. Początkowo działając w dwóch osobnych grupach próbują przetrwać w Atenach opanowanych przez hordy nieumarłych...
Opowieści o zombie często podlewane są humorystycznym sosem - nie każdy w końcu ma ambicję bycia drugim Romero. Łączenie gore z humorem w filmach tego nurtu to zabieg równie popularny, jak strojenie umarlaków w metaforyczne szatki. Yorgos Noussias postawił na humor i trzeba przyznać, że kilka pomysłowych scen anihilacji żywej śmierci, pozwala przyklasnąć temu pomysłowi. Nie jest to może arcydzieło gatunku, ale ta przyjemna ciekawostka nadaje się świetnie na seans pod piwo i chipsy.
Mały budżet widoczny jest praktycznie na każdym kroku, a reżyserowi nie bardzo udało się zapanować nad całością. W kadrze często nic się nie dzieje, jakby aktorzy nie usłyszeli, że reżyser krzyknął "akcja". Sceny w zamierzeniu dynamiczne są zmontowane nieudolnie i nabierają wręcz komediowego posmaku. Ale w końcu mamy do czynienia z dziełem amatorskim, więc te niedoskonałości można przeboleć. Za to okropnie drażni kompletnie niedopasowana muzyka. Jest tak głośna, że momentami zagłusza to, co mówią aktorzy. Poza tym zupełnie nie współgra z obrazem - ma budować napięcie, a je niszczy. I wreszcie ostatni zarzut - filmowi brak tempa. Sceny krwawej jatki poprzetykane są rozwlekłym ględzeniem, które w zamierzeniu pewnie mają wytworzyć w widzu sympatię dla bohaterów. Zamiast tego raczej skłaniają do poszukiwań przycisku "FF" na pilocie.
Największym atutem tej produkcji jest jej egzotyka. Bo na poziomie fabularnym dostajemy zestaw klisz znanych z dziesiątków innych filmów. Ale inwazja zombich nie dotknęła jeszcze nigdy Aten i dlatego warto zobaczyć jak potomkowie Sokratesa radzą sobie z krwiożerczymi umarlakami. Choć tak naprawdę czy są to zombi do jakich przyzwyczaiło widzów kino, można się spierać. Być może trafniej będzie mówić o niezależnej greckiej odpowiedzi na '28 Days Later'. W przeciwieństwie do klasycznych ożywionych truposzy, w "To Kako" prędzej chyba można mówić o wirusie, bo zainfekowani nie umierają, by potem powrócić jako chodząca śmierć, tylko momentalnie przeistaczają się w opętane żądzą krwi istoty. Dodatkowo, by je zabić wcale nie trzeba zniszczyć ich mózgu - wystarczy choćby wyciągnąć im jelita i okręcić wokół szyi. Odnośnie tychże jelit, czyli efektów specjalnych, trzeba powiedzieć, że są całkiem pomysłowe i na szczęście wykonane bez pomocy komputera, a krew momentami wprost tryska z ekranu. Dodatkowo, ci, którzy lubią sporządzać różne listy, mogą do "spisu filmów ze sceną, gdzie eksploduje głowa" dopisać kolejną pozycję.
Absolutnie mistrzowska w sensie wizualnym jest końcówka - ostatnie ujęcie jest niesamowite, efektowne i genialne w swej prostocie. I chyba po raz pierwszy w całym filmie wywołuje jakąś namiastkę strachu. Zakończenie bowiem jest prawdziwie apokaliptyczne, jak na film o zombie przystało. Choć amatorski film o podobnej tematyce można zrobić lepiej ("Plaga Zombie"), to 80 minut spędzone z dziełem Yorgosa Noussiasa dla każdego fana gatunku nie będzie czasem straconym.