Recenzja horroru

Horror Epitaph

Epitaph (Epitafium)

Tytuł oryginalny:

Epitaph

Reżyseria:

Joseph Merhi

Scenariusz:

Joseph Merhi

Obsada:

Jimmy Williams, Delores Nascar, Natasha Pavlovich, Liz Kane

Kraj:

USA

Rok produkcji:

1987

Czas trwania:

94 minuty

Znalezienie i obejrzenie "Epitafium" postawiłem sobie jako punkt honoru już dawno. Kiedy pierwszy raz natknąłem się na ten film, jeszcze w zamierzchłych czasach dominacji pirackich kaset, bijąc się w pierś kląłem się, że kiedyś go dopadnę. Od tego zamiaru nie były w stanie mnie odwieść nawet same negatywne recenzje jakie "Epitafium" wszędzie zebrało. Po wielu latach w końcu udało mi się go znaleźć! Kupiłem, obejrzałem i... z pokorą przyznaję rację tym, którzy nie wyrazili o nim pochlebnej opinii.

Członkowie rodziny Fultonów nie mają lekkiego życia. Codziennie muszą się borykać z wyskokami chorej psychicznie pani Fulton a co jakiś czas zmuszeni są z jej powodu zmieniać miejsce zamieszkania. Pani Fulton uważa bowiem, że jest bardzo atrakcyjną i ponętną kobietą. Niestety, nie wszyscy mężczyźni mają podobne zdanie i zazwyczaj kończy się to dla nich w bardzo przykry sposób...

"Epitafium" to jeszcze jeden z filmów, przy których grzebał Joseph Merhi. Kto kojarzy to nazwisko już pewnie chwyta się za głowę. Bo to może oznaczać niestety tylko jedno: kolejny knot aspirujący do miana dobrego niskobudżetowego horroru, prezentujący się jednak na dość niskim poziomie. Początek zapowiadał się nie najgorzej: przy niepokojących dźwiękach rodzina Fultonów wprowadza się do nowego domostwa, poznajemy osoby dramatu i powoli zdajemy sobie sprawę ze stanu umysłowego głównej bohaterki. Na tym etapie "Epitafium" jest autentycznie interesujące. Jeśli do tego dołożymy pierwsze dość brutalne morderstwo to mamy świetny wstęp do porządnego horroru. Jednak dość szybko Merhi trwoni kredyt zaufania, jakim potencjalny widz może go obdarzyć. Po 30 minutach z początkowego "Epitafium" nie zostaje już właściwie nic. Miałem wrażenie jakby dalsza część historii została dopisana w trakcie kręcenia filmu, a Merhi wykorzystał już wszystkie swoje pomysły na to jak ją przedstawić. Oczywiście sama historia nie była tu aż tak ważna, bardziej liczył się sposób jej pokazania, dlatego liczyłem że Merhi zaserwuje nam jeszcze coś, co przykuje mnie do fotela. Zamiast tego jednak zaczął się śmiertelnie nudny spektakl, oglądanie którego stało się męczarnią (np. długie i niewiele wnoszące sceny robienia zakupów w centrum handlowym). W pamięci zostaje jedynie scena, w której szczur przegryza się przez wnętrzności żywej kobiety. Oczywiście zrobione jest to dość nieudolnie, ale sama idea wydaje się godna niejednego psychopaty. Szalona pani Fulton krępuje swoją panią psycholog i poddaje ją wymyślnej torturze: przywiązuje jej do nagiego brzucha wiadro ze szczurem w środku po czym podgrzewa dno palnikiem. Gryzoń ma tylko jedną drogę ewakuacji. Tak właśnie! Musi przegryźć się przez panią psycholog! I oto wśród krzyków bólu przedostaje się na zewnątrz... Cholera, ciekaw jestem jak długo Merhi nad tym myślał, bo jest to chyba najefektowniejszy moment, na jaki można natrafić w jego twórczości. Ale jedna scena filmu nie czyni.

Z "Epitafium" problem polega też na samym podejściu do tematu. Gdyby potraktować ten film z lekkim przymrużeniem oka, dodać do niego jakieś elementy komediowe, odpowiednio poprowadzić aktorów to może coś by z tego było. Jednak Merhi uparł się, żeby zrobić film na poważnie no i skończyło się tak jak się skończyło. Fiaskiem. W sumie były zadatki by z "Epitafium" zrobić dobry niskobudżetowy film. Ale zabrakło w nim pewnego dystansu, co pozbawiło go siły charakterystycznej dla niskobudżetowego kina. Merhi niestety nie nadał mu komediowego rysu a jednocześnie nie uczynił z niego mrocznego plugastwa klasy B (co jest w moim odczuciu wynikiem braku umiejętności). I wyszła bezpłciowość. Film o którym niewiele osób pamięta, a który będzie się podobał jeszcze mniejszej liczbie widzów. A tak już na marginesie to nie dziwię się, że kolejni mężczyźni odrzucali seksualne propozycje pani Fulton. Łagodnie ujmując nie należy ona do kobiet, na widok których krew zaczyna szybciej pulsowac w żyłach...

W jakże inny sposób mógłbym zakończyć swoją recenzję jak nie odnosząc się do tytułu tego "dzieła"? Nie wiem czy reżyser w pełni świadomie go wybrał? Może miał przeczucie i pomyślał o sobie oraz o swojej przyszłości w gatunku? Bo w sumie tym filmem Joseph Merhi pogrzebał swoje szanse na zaistnienie w światku horroru jako reżyser, co jednak nie zakończyło jego producenckiej kariery ("Death by Dialogue", "Hollow Gate"). W sumie daję dwóję za scenę ze szczurem, toporną acz miejscami interesującą muzykę, obiecujący początek i sentyment, jaki mam do tego filmu, bo szukałem go dobrych kilkanaście lat. Zresztą większą zgniliznę widziałem w życiu niż "Epitafium".

Ocena: 2/6

Autor: Mort