Recenzja horroru

Dracula (2006) (Dracula)
Tytuł oryginalny:
Dracula
Reżyseria:
Bill Eagles
Scenariusz:
Stewart Harcourt na podstawie powieści Brama Stokera
Obsada:
David Suchet, Marc Warren, Dan Stevens, Sophia Myles, Stephanie Leonidas
Kraj:
Wielka Brytania
Rok produkcji:
2006
Czas trwania:
90 minut






Ambicją i pasją moją– zagorzałej wielbicielki legendarnego krwiopijcy – jest obejrzenie jak największej liczby adaptacji najsłynniejszej powieści Stokera, łącznie z ekranizacjami scenicznych przeróbek tekstu Irlandczyka oraz najprzeróżniejszych wariacji na temat. Czasem wydaje się to nadludzkim wyzwaniem (by wspomnieć "Dracula 3000"), na ogół jednak pasja owa daje wiele satysfakcji. Tym większa więc była moja radość z możliwości obejrzenia najnowszej i – uwaga – telewizyjnej adaptacji "Draculi", dokonanej przez BBC. Warto wspomnieć, że za wzorcową w tej dziedzinie uchodzi inna brytyjska telewizyjna produkcja – mini serial "Count Dracula" z 1977 r. Twórcy zeszłorocznej stanęli więc przed nie lada wyzwaniem. Czy wyszli z tego obronną ręką? Spróbuję to ocenić.
Już od początku widać chęć odświeżenia znanej chyba każdemu formuły. Fabuła skupia się na młodym lordzie Holmwoodzie, którego ojciec właśnie umiera z powodu zaawansowanego syfilisu. Ku wielkiemu przerażeniu, młodzieniec dowiaduje się, że jego nieżyjącą już matkę, za sprawą męża również spotkała mors syphilitica. A co za tym idzie... każdy może się domyślić. W erze poprzedzającej wynalezienie antybiotyków, mieć syfilis oznaczało mniej więcej tyle, ile dziś być nosicielem wirusem HIV. A młody lord ma piękną i majętną narzeczoną, Lucy Westenra, którą kocha nad życie. Jak ma zostać ojcem jej dzieci, skoro zaczyna zauważać pierwsze symptomy choroby?
Pewną nadzieję przynosi mu tajemniczy osobnik, kapłan mrocznego kultu, który obiecuje mu ozdrowienie. Ma to związek z pewnym arystokratą z dzikiej krainy w środkowej Europie, zwanej Transylwanią. Prawda, że brzmi ciekawie? Dalej już jest dość tradycyjnie, z małymi wyjątkami od powieściowej reguły.
Mimo odświeżonej wersji książkowej legendy, adaptacja ta nie stanowi wielkiej rewolucji w filmowych dziejach hrabiego. Przede wszystkim widać zapatrzenie w zrealizowaną z niezwykłym rozmachem wersję Coppoli. Również tutaj Mina (Stephanie Leonidas) jest skromną panienką, która stoi nieco w cieniu swojej bogatej i temperamentnej przyjaciółki. Choć muszę przyznać, że to właśnie Sophia Myles w roli Lucy jest bardziej interesująca od Miny, która jakoś nie do końca przekonuje o swojej wyjątkowości w roli obiektu krwiożerczych uczuć hrabiego. Rola Myles jest zwyczajnie ciekawsza – Lucy, będąc żoną Holmwooda, usycha z braku fizycznej bliskości z mężem, który unika żony w łożu, mając nadzieję na wyleczenie. I to z jej udziałem rozgrywa się kapitalna scena erotyczna, gdy do małżeńskiej łożnicy państwa Holmwood przychodzi Dracula i uwodzi wyposzczoną bohaterkę, leżącą u boku śpiącego w pełnym odzieniu małżonka. Przyznam, że scena ta zdecydowanie przebiła tarzanie się na nagrobkach u Coppoli ;)
Ciekawą rzeczą było wprowadzenie dziwacznej sekty. Podobne zabiegi nierzadko psują film, rujnując jego wiarygodność, jednak należy pamiętać o wszelakich niejawnych stowarzyszeniach i okultystycznych grupach, które, jakby na przekór gwałtownemu postępowi cywilizacyjnemu, w czasach wiktoriańskich powstawały jak grzyby po deszczu lub przeżywały renesans. Przykładem może być madame Bławatska i jej Towarzystwo Teozoficzne, swoją popularność przeżywali również różokrzyżowcy.
W kwestiach technicznych wersja BBC, oczywiście, z racji telewizyjnych ograniczeń, ustępuje tej z Garym Oldmanem, ale nie jest też taka znowu siermiężna. Opowieść sfilmowano ładnie, w stylowych wnętrzach i plenerach, ale jest jedna rzecz, która zdecydowanie obniża ogólnie pozytywną ocenę filmu, mianowicie tytułowy krwiopijca. Tak mało charyzmatycznego i w ogóle nieudanego Draculi chyba jeszcze nie widziałam!
Każdy dotychczasowy był "jakiś" – Lugosi – elegancko-diaboliczny, Lee – demoniczno-uwodzicielski, Palance miał w sobie coś ze zwierzęcia, Langella był romantyczny, Oldman – również, choć jakby w postmodernistycznym cudzysłowie, zaś Warren to po prostu parobek w czarnej, skołtunionej peruce, z licem przypudrowanym na biało, nie licząc sinej szminki! I do tego te ohydnie brudne paznokcie! Że niby pod uwodzicielską powierzchownością (ha, ha) miało kryć się w nim coś odrażającego? Wybaczcie, ale nie tędy droga. To dziwne posunięcie twórców niestety, zaszkodziło mocno filmowi. O ile Warren, dzięki dobrej charakteryzacji, radzi sobie jakoś w swojej "starej" wersji (podobnej do Oldmanowskiej), to jako odmłodzony wampir traci wszystko.
Za to z ciekawością oglądałam w roli Van Helsinga Davida Sucheta, nieśmiertelnego Herculesa Poirota z brytyjskiego serialu opartego na powieściach Agaty Christie. Tutaj jest on nieco zwariowany, zdziwaczały, co doskonale można zrozumieć, zważywszy na jego położenie. No i genialnie ucharakteryzowany!
Sama końcówka filmu (ostatnia minuta) to totalne nieporozumienie. Chyba, że twórcom zależy na rozwinięciu pomysłu w serię, w stylu tej, która powstała w wytwórni Hammer. Wątpię jednak w ewentualne powodzenie tego pomysłu, chyba, że Draculę zagrałby kto inny.
Reasumując: można obejrzeć, bo jednak wciąga. Jest u nas dostępny na DVD. Tylko damska część publiczności niech nie liczy na legendarny magnetyzm Draculi...