Recenzja horroru

Dorothy Mills (Egzorcyzmy Dorothy Mills)
Tytuł oryginalny:
Dorothy Mills
Reżyseria:
Agnès Merlet
Scenariusz:
Agnès Merlet, Juliette Sales
Obsada:
Carice van Houten, Jenn Murray, David Wilmot, Gary Lewis
Kraj:
Francja, Irlandia
Rok produkcji:
2008
Czas trwania:
102 minuty






Na billboardach w Polsce straszy... Wielkoformatowe reklamy utrzymane w estetyce na skrzyżowaniu turpizmu i tenebryzmu zachęcają (???) do wizyty w lokalnym multipleksie na seans "Egzorcyzmów Dorothy Mills". Po projekcji pomyślałem sobie, że osobie odpowiedzialnej za taką kampanię promocyjną powinno się zrobić jakąś wymyślną krzywdę. Plakat jest paskudny, za to film świetny! Jeśli dość macie nijakich klonów i wariacji na temat "Amityville", a lubicie historie z duchami w tle, to właśnie znaleźliście kawał znakomicie nakręconego kina. Nastrojowego, inteligentnego i z werwą zagranego.
Psychiatra, Jane Morton, wyrusza na małą wysepkę u brzegów hrabstwa Donegal w Irlandii, aby zbadać przypadek Dorothy Mills. Młoda dziewczyna zaatakowała dziecko, którym miała się opiekować pod nieobecność rodziców. Od samego początku pobytu na wyspie Jane doświadcza wrogości ze strony lokalnych mieszkańców. Nawet groźny wypadek samochodowy, któremu ulega, nie zmienia nieprzychylnego nastawienia wyspiarzy. Tymczasem diagnozowana Dorothy twierdzi, że nawet nie zbliżyła się do dziecka, które podobno skrzywdziła. Psychiatra stawia hipotezę, że dziewczyna cierpi na wielokrotne rozdwojenie jaźni. Jak jednak wytłumaczyć, że Dorothy zaczyna mówić głosem zmarłego tragicznie syna lekarki?
Do polskich kin niemal równocześnie weszły dwa filmy, które obracają się wokół zbliżonej tematyki - "The Haunting in Connecticut" ("Udręczeni") i "Dorothy Mills" ("Egzorcyzmy Dorothy Mills"). Stwarza to okazję do wykazania jak powinno się kręcić historie o duchach/nawiedzeniach porównując oba obrazy. Ten pierwszy to sztampowy, schematycznie nakręcony, typowy produkcyjniak. Dzieło Agnès Merlet zupełnie inaczej rozgrywa pomysł na historię. Oto ktoś obcy próbuje wyjaśnić zagadkowe wydarzenia, które rozegrały się w zamkniętej społeczności zamieszkującej niewielką wyspę. Pierwsze skojarzenia, które się nasuwają to oczywiście "The Wickerman" Robina Hardy’ego. Ale reżyserka nie ma bynajmniej zamiaru kopiować pomysłów z kultowego filmu. Można odnaleźć również inne tropy i odwołania. Oto główna bohaterka ulega wypadkowi samochodowemu – jej pojazd spada z mostu do jeziora, a kiedy wydaje się, że nie wyszła żywa z katastrofy, nagle wyłania się z wody, oszołomiona i zdezorientowana. Na myśl przychodzi "Carnival of Souls" Herka Harvey’a. Ale znowu, Merlet ma własny pomysł i te odwołania (na ile świadome to odrębna kwestia) służą jej raczej do dezorientowania widza tak, by zaskakiwać go kolejnymi zwrotami fabularnymi. Przy czym nie ma tu mowy o naginaniu logiki wydarzeń, żeby tylko osiągnąć efekt rozszerzonych z niedowierzania i zaskoczenia oczu oglądającego. To nie "Saw" czy "Sixth Sense", czy podobnie umiejscowione "The Village". "Dorothy Mills" to klasyczna w swej strukturze historia z gatunku mystery, nadnaturalnego thrillera. Wraz z rozwojem fabuły widz odkrywa kolejne tajemnice, które skrywa mała społeczność. Na jaw wychodzą dziwne fakty, skrywane brudy, szkielety w szafie. Akcja toczy się nieśpiesznie i wydaje mi się, że slogan reklamowy, który dystrybutor umieścił na plakatach "poruszający jak 'Sierociniec'" (cytat z Fantastique) jest jak najbardziej trafny. Oba filmy łączy podobny, nieśpieszny sposób opowiadania i nastrój. Za to nie bardzo rozumiem słowa recenzenta Variety, który uznał dzieło Merlet za współczesną wariację na temat "Egzorcysty".
Rzeczą, która absolutnie zasługuje na podkreślenie jest niesamowita rola Jenn Murray jako tytułowej bohaterki. Scenariusz wymagał od debiutującej (!) aktorki wcielenia się w kilka różnych postaci w tym kilkuletniego chłopca. Siła gry Murray zasługuje na podziw. Każda z osobowości, która akurat dochodzi do głosu w ciele Dorothy ma swoje własne cechy, sposób mówienia i zachowania i wszystkie zostały przekonująco oddane. Na tle młodej Irlandki, reszta postaci, również solidnie zagranych, zwyczajnie blednie. Irlandzkie gazety piszą o nowej wschodzącej gwieździe aktorskiej, która ma szansę znaleźć się w tej lidze co Collin Farrell, Cillian Murphy czy Gabriel Byrne.
Wracając do porównań z "Udręczonymi", oba filmy dzielą kilka podobieństw scenariuszowych. W obu mamy tajemnicę (w jednym przypadku skrywaną przez nawiedzony dom, w drugim przez wyspiarską społeczność), seans spirytystyczny, pozorne rozwiązanie tajemnicy i tak dalej. Tym co odróżnia "Dorothy Mills" na korzyść jest styl reżyserki. "The Haunting in Connecticut" jest płaskie i nudne, a scenariusz to przykład rzemieślniczej roboty pośledniego sortu. Merlet również bawi się znanymi elementami, a jej dzieło w żadnej mierze nie pretenduje do odkrywania nowych obszarów kina grozy. Ale nastrojowe zdjęcia, świetne aktorstwo i duszny nastrój sprawiają, że jej historię ogląda się z zainteresowaniem. Na pewno też fabule pomogła zmiana scenerii – zamiast kolejnego nawiedzonego domu i medium, irlandzka wysepka. To co w "Udręczonych" razi sztampą, tutaj zyskuje inny wymiar przez odmienne osadzenie miejsca akcji. Inaczej można rozegrać akcenty scenarisza, który choć w żadnej mierze nowatorski, to umie zainteresować i wciągnąć widza. Przynajmniej piszącego tę recenzję.
Nie zważajcie więc na paskudnej urody plakat, tylko maszerujcie czym prędzej do kina, bo naprawdę warto!