Recenzja horroru

Horror Don't Go in the Woods

Don't Go in the Woods (Nie chodź do lasu)

Tytuł oryginalny:

Don't Go in the Woods

Reżyseria:

James Bryan

Scenariusz:

Garth Eliassen

Obsada:

Jack McClelland, Mary Gail Artz, James P.Hayden, Angie Brown, Ken Carter

Kraj:

USA

Rok produkcji:

1982

Czas trwania:

82 minuty

Muszę się przyznać, iż byłem wielokrotnie ostrzegany przed oglądaniem tego filmu. Wszystkie przestrogi podziałały jednak w drugą stronę, a im więcej czytałem negatywnych recenzji "Don't Go in the Woods" tym większą miałem chrapkę na zmierzenie się z tym horrorem. Moją ciekawość wzmógł jeszcze fakt obecności niniejszego filmu na niesławnej liście "Video Nasties". Nie wahając się wiele, pewnego dnia zapuściłem sobie ów slasher i zaczęła się droga przez piekło.

Film otwierają sceny brutalnych morderstw dokonanych na przypadkowych turystach i wycieczkowiczach w gęstych górskich lasach. W tym samym czasie czwórka młodych ludzi (Craig, Peter, Ingrid i Joanie) wędruje po leśnych szlakach w poszukiwaniu miejsca na biwak. Ich zamiarem jest spędzenie ekscytującego weekendu pośród leśnej głuszy. Niestety zamiast upragnionego spokoju czeka na nich spotkanie z maniakalnym mordercą.

"Don't Go in the Woods" jest jedną z wielu prób zdyskontowania sukcesu "Piątku trzynastego". Elementem wyróżniającym ten film spośród setek innych przedstawicieli nurtu backwoods slasher jest jednak kompletny brak poszanowania dla jakichkolwiek reguł filmowego rzemiosła. Już od początkowych scen atakuje nasze uszy tandetna muzyka stanowiąca konglomerat gitary country z dźwiękami rodem z taniego keybooardu Casio (autorstwa H. Kingsleya Thurbera), która bardziej by pasowała do jakiejś głupiej kreskówki niż do horroru. Aktorstwo jest po prostu żenujące - naprawdę można umrzeć ze śmiechu obserwując wyczyny obsady. Dialogi są bezdennie głupie i niemiłosiernie zgrzytają w uszach, scenariusz jest bzdurny, a zdjęcia porażają swoją amatorszczyzną. Najbardziej przeraziłem się jednak widoku dwójki głównych bohaterek - owe dwie niewiasty są tak brzydkie, że aż chce się rzygać.

Co jednak najzabawniejsze, lasy są pełne zupełnie anonimowych ludzi. Co chwila pojawia się na ekranie jakiś nieszczęśnik, który niemalże natychmiast pada ofiarą szaleńca. Przykładowo jeden facecik na wózku inwalidzkim próbuje desperacko podjechać pod zbocze górskie. Jest mu naprawdę ciężko, w końcu nikt mu nie pomaga, ale po paru próbach udaje mu się dopiąć swego. Gdy dociera na szczyt nie ma niestety czasu na podziwianie widoków, bo szybciutko zostaje zdekapitowany. Widać więc gołym okiem, że celem reżysera nie było konsekwentne rozwijanie i tak już idiotycznej fabuły, ale pokazanie jak największej ilości krwawych morderstw.

W zasadzie jedynym plusem tej mocno śmierdzącej kupy jest dość duża dawka scen gore. Kolejno następujące po sobie mordy są całkiem krwawe i zabawne, a gwałtowna śmierć kolejnego idioty zapewniała mi odrobinę relaksu. I tak fotograf zostaje pozbawiony ręki, a jucha tryska obfitym strumieniem, inni giną dźgani nożem czy maczetą, a morderca wydaje groźne okrzyki. Sama postać brodatego zabójcy też jest niczego sobie. Szaleniec (Tom Drury) krąży bowiem po lesie w łachmanach, drze paskudnego brodatego ryja i dzierży przez większą cześć czasu drewnianego kija z przytwierdzoną do niego maczetą. Absolutna żenada!

Dlaczego więc 2? Ano dlatego, że "Don't Go in the Woods" zwyczajnie nie nudzi, a i ogląda się go raczej przyjemnie, jeśli przymkniemy oczy na idiotyzmy scenariusza. Mimo wszystko, miejcie się na baczności, bo od tego slasherowego sera cuchnie na odległość.

Ocena: 2/6

Autor: Embalmer