Recenzja horroru

Death by Dialogue (Śmierć przez dialog)
Tytuł oryginalny:
Death by Dialogue
Reżyseria:
Thomas Dewier
Scenariusz:
Thomas Dewier
Obsada:
Ken Sagoes, Laura Albert, Lenny Delducca, Kelly Sullivan, Jude Gerard
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1988
Czas trwania:
89 min.
Joseph Merhi, twórca "Mayhem" oraz "Epitaph", po raz kolejny poniósł klęskę jako producent. Nie dość mu było przyłożyć ręki do powstania "Hollow Gate", swą filmografię postanowił poszerzyć o niewiele lepszy horrorek "Śmierć przez dialog" w reżyserii Thomasa Dewiera. Obraz będący przenudnawym dowodem na to, iż głupota może nie tylko bawić, ale i śmiertelnie nużyć.
Cary wraz ze swymi przyjaciółmi wybiera się do swego wuja, wielkiego podróżnika, kolekcjonera trofeów myśliwskich oraz unikalnych pamiątek, którego posiadłość znajduje się na terenie byłych kulis filmowych, by spędzić kilka nieskrępowanych dni pełnych piwa i miłosnych zabaw, z dala od domu. Niestety dzień przyjazdu do udanych nie należał, dziewczyna Cary'ego, Linda, natrafia na tajemniczy scenariusz zatytułowany "67 ofiara", a para ich znajomych, pragnąca poigrać w krzaczkach, znajduje zwęglone ciało dozorcy. Mimo drobnego szoku, grupka przyjaciół postanawia nie zmieniać planów i szybko zajmuje potężny dom wskazany przez sędziwego staruszka, którego kolekcja skrywa ponury sekret. Wieczorem Linda zagłębia się w lekturze, a z każdą kolejną stroną, liczba w tytule niebezpiecznie się zwiększa, podczas gdy wokół towarzysze znikają bez śladu.
Według "Słownika Współczesnego Języka Polskiego", wydanego przez Reader's Digest, absurd to "wyrażenie wewnętrznie sprzeczne, pozbawione logiki; niedorzeczność, nonsens", czyli generalnie wszystko czym nad wyraz obficie ocieka "Śmierć przez dialog". Tępa, pozbawiona wszelkiego sensu przypowieść o ignorowaniu cudzych wierzeń, klasyfikowanych najczęściej przez zadufanych w sobie podróżników jako zabobony. Skutki tak nieprzemyślanych poczynań mogą być śmiertelne nie tylko dla bohaterów, ale i widzów, nieświadomych niczego miłośników grozy, zacierających ręce przed kolejnym obskurnym slasherem. Miejcie się na baczności, gdyż tytuł jest niezwykle adekwatny do całości, krótko mówiąc niekończący się dialog, przerywany co jakiś czas (niczym film w telewizji reklamami), amatorskimi scenami gore, wprowadzający nasze umęczone oczy w typowy, "fotelowy" letarg. Już same kwestie namiętnie wypowiadane przez bohaterów kipią śmiercią, najlepszym przykładem będzie wieczorna dysputa na temat wyższości dekapitacji nad innymi formami "zejścia". Nie muszę przy tym oczywiście dodawać, że aktorzy są drętwi niczym kończyny świeżo pogrzebanego nieboszczyka, a jedyna warta uwagi, blond włosa istota o perłowym uśmiechu, zostaje dosłownie wymieciona z ekranu, zdecydowanie za szybko jak na walory zewnętrzne którymi dysponowała. Żwawo jednak zastępuje ją na krótką chwilę tandetna grupa rockowa lat 80-tych, która w rytm bezdennie głupiego utworu, pojawia się w środku zalanego mgłą lasu, by gitarą zmiażdżyć czerep jednego z bohaterów. Nie pytajcie dlaczego, gdybym zaczął się nad tym zastanawiać, z pewnością do jutra wydrapałbym sobie dziurę w głowie, a i tak do żadnej konkluzji bym nie doszedł. Całe szczęście, że sen z powiek w miarę skutecznie spędzają przezabawne sekwencje gore, tak paskudnie naiwne, że aż urocze. Któż z nas nie parsknie śmiechem widząc jak detektyw prowadzący śledztwo w sprawie śmierci dozorcy, zostaje wessany pod ziemię, po czym pojawia się z twarzą przypominającą niedosmażoną pizzę, z której wypłynęła na wierzch cała papryka. Obity w skórę demon również dostarcza chwil nieskrępowanej radości, szczególnie gdy swą potężną maczetą przeszywa na wylot antypatyczną guwernantkę podstarzałego wujaszka. Niestety kilka przeciętnych scen nie ratuje horroru przed wciągnięciem go do bagna pełnego filmowych gniotów, które przez lata strasznie napęczniało od podobnych produkcji.
Dewier tworząc "Śmierć przez dialog" dysponował rewelacyjną lokalizacją, której potencjału ostatecznie nie wykorzystał nawet w dziesięciu procentach. Jednak skory jestem postawić plusa, choćby za tę parę uśmiechów, które wypływając na mą twarz w czasie seansu, były miłym urozmaiceniem od ciągłego ziewania.