Recenzja horroru

Horror Death Weekend

Death Weekend (Śmiertelny weekend)

Tytuł oryginalny:

Death Weekend

Reżyseria:

William Fruet

Scenariusz:

William Fruet

Obsada:

Brenda Vaccaro, Don Stroud, Chuck Shamata, Richard Ayres, Kyle Edwards

Kraj:

Kanada

Rok produkcji:

1976

Czas trwania:

87 min.

Horror Death Weekend - zdjęcie 1Horror Death Weekend - zdjęcie 2Horror Death Weekend - zdjęcie 3Horror Death Weekend - zdjęcie 4Horror Death Weekend - zdjęcie 5Horror Death Weekend - zdjęcie 6

Kiedy ktoś podejmuje temat kina rape and revenge zwykle powołuje się w swych twierdzeniach i spostrzeżeniach na trzy najznamienitsze filmy tego podgatunku. "Last House on the Left", "House on the Edge of the Park" i "I Spit on Your Grave", które do tej pory pozwalają widzom obcować z terrorem wręcz wylewającym się z ekranu w czasie projekcji. Do owej wspaniałej trójcy można jeszcze dołączyć "Late Night Train", "Vengeance is Mine", a nawet tak legendarne pozycje jak "Straw Dogs" ze wspaniałą kreacją młodego Dustina Hoffmana oraz "Death Wish" z równie skutecznym Charlesem Bronsonem. Wszystkie wymienione pozycje ukazują grozę cierpienia, lecz co jest bardziej przerażające, łatwość z jaką zdeterminowana jednostka ludzka dokonuje zemsty. Zemsty, w której jest niekiedy więcej bólu niż w fizycznym znęcaniu się nad ciałem człowieka. W swej niegodziwości i chęci sprawienia męki równie ogromnej jak ta, którą przeżyła, ofiara jest tak zdecydowana, że przekracza wszelkie granice, a wraz z nią czyni to obraz. W myśl zasady "stajemy się tymi, z którymi walczymy", filmy rape and revenge, ukazują przerażającą przemianę bohaterów, stawiając tym samym fundamentalne pytania przemocy i kwestii wymierzania sprawiedliwości. Potulny matematyk, spokojny architekt, łagodny farmer, chwytają za broń i robią z niej użytek podobnie jak młoda pisarka z noża czy ojciec zamordowanej dziewczyny z piły łańcuchowej. Jednak pewien już zapomniany horror z lat świetności rape and revenge, notabene niczym nie ustępujący wyżej wymienionym pozycjom, odwraca nieco ów schemat, stawiając zarówno bohaterów jak i zszokowanego widza w zupełnie odmiennym położeniu. Powstały w Ontario pod koniec 1975 roku "Death Weekend", pozwoli dla odmiany poczuć pogardę w stosunku do ofiary, ukazanej już na wstępie jako jednostka odpychająca nie bardziej niż jej oprawcy i czyni to w sposób wręcz fascynujący.

Nieprzyzwoicie bogaty dentysta Harry, zaprasza do swego domu nad jeziorem skromną dziewczynę Diane, która rozpoczyna karierę modelki. W drodze do odludnej posiadłości wdają się w niebezpieczną grę z grupą chuliganów, jednak rajdowe umiejętności Diany wyprowadzają ich z opresji. Nie można tego niestety powiedzieć o czterech drabach, których samochód ostatecznie ląduje w rzece. Mokrzy i upokorzeni, na dodatek przez kobietę, czują tak wielką zadrę na swym ego, iż postanawiają się zemścić. Tymczasem Harry dowozi swą oblubienicę do snobistycznego raju jaki stworzył w środku głuszy i już przy najbliższej sposobności okazuje się, kto w tym obrazie jest najpaskudniejszą postacią.

Oprowadzając Dianę po wnętrzach swego przybytku, majętny stomatolog zwraca uwagę na setki przedmiotów, których historii i przeznaczenia często nie zna, liczy się wyłącznie ich cena. Zapytany o wspaniały fortepian, wyróżniający się najbardziej spośród całej kolekcji, informuje jedynie o jego pieniężnej wartości, po czym z rozbawieniem przyznaje się, że nawet nie umie na nim grać. Gigantyczny kominek w salonie, na którym z powodzeniem można by dzika w całości upiec, pokoje pałacowych rozmiarów, czyżby Harry próbował tym nadrobić jakieś ubytki? Potężne rozmiary domu mają jednak swe uzasadnienie, a jest nim ukryty korytarz z weneckimi lustrami. Jak się okazuje nasz bohater to zapalony fotograf, a najlepiej wychodzą mu zdjęcia nagich dziewcząt pod prysznicem. W tym momencie widz całkowicie traci resztkę szacunku, którą darzył dentystę, a nagły wybuch gniewu spowodowany odmową Diany pójścia z nim do łóżka, całkowicie go pogrąża. Na tym etapie filmowej opowieści po raz drugi pojawiają się cztery czarne indywidua, po stronie których widz staje od razu, z nadzieją, iż oto zostanie wymierzona kara, na którą Harry w pełni zasłużył. Następuje niesamowita sytuacja, reżyser z zadziwiającą wprawą robi z widza sadystę, pozwalając mu śledzić dialogi i uczestniczyć w upokarzających gestach spływających na głównego bohatera gęstą strugą. W "Last House on the Left" wczuwaliśmy się w położenie gnębionych dziewcząt i współczuliśmy im z całego serca. W "Death Weekend" jest odwrotnie, widz nakręca się na zabawę jaką mordercy prowadzą z ofiarą, pragnąc by miała dla niej jak najbardziej zgubny skutek. Początkowo dotyka ona wyłącznie pana domu, lecz wkrótce jej skutki odbijają się również na Dianie.

Jest to gra niezwykle subtelna, która przeciąga się w czasie, rodząc absolutną niepewność zarówno u ofiar, jak i widzów. Gdy dochodzi do gwałtu, to bardzo nietypowego. Jest to bowiem gwałt dokonany na materializmie zboczonego dentysty. Psychopaci poczynają demolować dom niczym Metallica w teledysku "Whiskey in the Jar", co mnie osobiście wprowadziło w stan euforyczny. Gdy przestają manifestować swą siłę w filmie zapanowuje gwałtowna cisza, niezwykle denerwująca, zwiastująca tragedię. Tak też się dzieje, lecz dochodzi do niej poza kadrem i jedynie ponura otoczka świadomości dokonanego właśnie aktu przemocy napastuje nas z ekranu. Tyczy się to całego filmu, który wręcz trzyma gore na wodzy, wiele sugerując, ale niewiele ukazując. "Death Weekend" to obraz rape and revenge bez gwałtu. Don Stroud odtwarzający postać Lepa, wyłącznie sugeruje Dianie jak wspaniałe chwile mogliby razem spędzić, a ona gotowa jest na to nawet przystać. Widać bowiem w tej szalenie sugestywnej scenie, iż ten nieokrzesany oprych potrafi być bardziej męski i czuły, niż człowiek, który ją w owo miejsce przywiózł. Niestety Lep ma towarzyszy, których aż świerzbi, dlatego instynkt przetrwania bierze górę i motywowana chęcią życia bohaterka w niezwykle skuteczny sposób poczyna eliminować przeciwników. Ukazane jest to w sposób niezwykle realny, emocjonujący, a swój finał znajduje w porywającym zakończeniu.

"Death Weekend", znany również pod tytułem "House by the Lake", został oparty na prawdziwej historii, która wydarzyła się w Kanadzie na początku 1970 roku. To pierwszy horror w dorobku Williama Frueta, autora "Funeral Home" i zdecydowanie najlepszy w jego karierze, za który otrzymał nagrodę za scenariusz oraz specjalne wyróżnienie na festiwalu w Sitges. Ekscytujące studium psychicznego terroru, skrajnie ryzykowna gra, wciągająca widza bez reszty, która wiele zawdzięcza błyskotliwym kreacjom aktorskim. Brenda Vaccaro, nagrodzona za swą bezbłędną rolę również w Sitges, Don Stroud, dorównujący jako oprawca samemu Davidowi Hessowi oraz Chuck Shamata, pozwalający się całkowicie znienawidzić, zasługują na najwyższe uznanie. A zatem czy ten gwałtowny film bez gwałtu to z pewnością rape and revenge? Oczywiście, przyprawione dodatkowo w finale wysokoprocentową dawką survivalu.

Ocena: 5/6

Autor: Lobo