Recenzja horroru

Horror Death Smiled At Murder

Death Smiled At Murder

Tytuł oryginalny:

La Morte Ha Sorriso all'Assassino

Reżyseria:

Joe D'Amato

Scenariusz:

Joe D'Amato, Claudio Bernabei, Romano Scandariato

Obsada:

Klaus Kinski, Ewa Aulin, Angela Bo, Sergio Doria

Kraj:

Włochy

Rok produkcji:

1972

Czas trwania:

90 minut

Horror La Morte Ha Sorriso all'Assassino - zdjęcie 1Horror La Morte Ha Sorriso all'Assassino - zdjęcie 2Horror La Morte Ha Sorriso all'Assassino - zdjęcie 3Horror La Morte Ha Sorriso all'Assassino - zdjęcie 4Horror La Morte Ha Sorriso all'Assassino - zdjęcie 5Horror La Morte Ha Sorriso all'Assassino - zdjęcie 6

Takie postaci jak Joe D'Amato, Jesus Franco czy ostatnimi czasy Takashi Miike dobrze znane są, a w każdym razie powinny być, każdemu, kto choć powierzchownie interesuje się horrorem. Cechą wspólną tych trzech twórców jest bardzo bogata filmografia, idąca w dziesiątki tytułów, obrazy różnorodne stylistycznie i niepoprawne, często łamiące różne tabu obyczajowe (tu zdecydowanie wygrywa Miike). Tym razem wpadł mi wczesny film pierwszego z wymienionej trójki. Nie wiedzieć czemu wydawało mi się, że D'Amato zrealizował giallo. Prawdopodobnie wyczytałem taką informację gdzieś w internecie, co jest kolejnym dowodem na to, że wiarygodność informacji w sieci jest co najmniej wątpliwa;-) Tymczasem "Death Smiled At Murder" to... No cóż, typowy D'Amato z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Film otwiera scena, w której dość niepokojąco wyglądający (na chwilę załóżmy, że D'Amato potrafi oddać na ekranie specyficzną aurę tajemniczości i niedookreślenia) młodzieniec opłakuje swą zmarłą siostrę, leżącą na katafalku w opustoszałej kaplicy. W retrospekcjach widzimy sielankowe scenki, kiedy swawolna siostra prowadza się z jakimś podstarzałym lowelasem. Amorom rozanielonej pary przygląda się zza drzewa dziwaczny braciszek. Coś jest na rzeczy, chłopak jest zazdrosny i chyba niespełna rozumu. Szczególnie, że zdarzało mu się siostrę kochać trochę bardziej niż miłością normalną między rodzeństwem. Jeśli wiecie co chcę powiedzieć... Tyle tytułem wstępu. W kolejnej scenie widzimy pędzący powóz, który rozbija się na wyboistej drodze. Woźnica ginie, a z wnętrza karety mieszkańcy pobliskiego zamku wyciągają nieprzytomną dziewczynę. Ofiara wypdaku zostaje przetransportowana do wielkiego gmachu. Tam dostaje się pod opiekę właścicieli - małżeństwa z dośc liberalnym podejściem do przysięgi małżeńskiej. Owocuje to powstaniem osobliwego trójkąta miłosnego - i mąż i żona zakochują się w tajemniczej dziewczynie. Na to wszystko nakłada się dodatkowo czyjaś złowieszcza obecność wokół bohaterów i morderstwa dokonywane przez nieznanego sprawcę.

Czegóż tu nie ma. Jest garbus, z "Dzwonnika z Notre Dame", naukowiec wzorowany na doktorze Frankensteinie, scena z powozem przypomina "Nosferatu" Murnaua, są też duchy i klątwa. Nie należę do wielkich admiratorów twórczości D'Amato (a są w ogóle tacy?), no, może podobało mi się kilka jego filmów z późnego okresu działalności, ale "Death Smiled At Murder" ogląda się bardzo przyjemnie. Ale problem polega na tym, że film wylatuje z głowy w niedługim czasie po projekcji. Że nie straszy, chyba nie trzeba dodawać. Bo włoski reżyser w ogóle nie potrafił budować klimatu. Według mnie jego podejście do robienia filmów było "dziecięce" (z braku innego słowa). Rozumiem przez to naiwne podejście do tworzenia fabuły i wykorzystywania ciekawych pomysłów w kompletnie nieciekawy sposób. D'Amato wpadał pewnie na pomysł: "Ha! Mam wizję, będę niegrzeczny i szokujący", ale kiedy przychodziło do kręcenia, to co w zamierzeniu miało być drapieżne i ostre wychodzi mdłe i nijakie. A często niezamierzenie śmieszne. No bo jak się nie uśmiechać, kiedy doktor nasłuchuje stetoskopem bicia serca u trupa? Poza tym jakakolwiek wiarygodność psychologiczna postaci nie istnieje. To co robią bohaterowie wynika tylko i wyłącznie z dziwacznej wyobraźni scenarzysty, a nie z powszechnie przyjętych zasad motywacji ludzkiego działania. Scen całkowicie nieuzasadnionego i absurdalnego zachowania postaci w filmach Włocha jest od metra i jeszcze trochę. No bo jak inaczej, jeśli nie uniesieniem brwi w absolutnym zdziwieniu, reagować na sytuację, kiedy żona właściciela zamku najpierw podtapia tajemniczą pasażerkę powozu, by zaraz potem wyznać jej miłość. A Greta, ofiara wypadku, przyjmuje oba zachowania swej tymczasowej gospodyni z tym samym głupkowatym wyrazem uśmiechniętej twarzy.

Mimo tych zarzutów, jak już wspomniałem, "Death Smiled At Murder" ogląda się przyjemnie i bez bólu. Jest tu kilka charakterystycznych dla D'Amato patentów. Przede wszystkim leje się sporo krwi, jest kilka drastycznych scen. Krwawe, ale kiepsko wykonane efekty gore. Nad wszystkim unosi się zaś wszechobecna aura perwersji. Nie powinno to dziwić, zwłaszcza jeśli się spojrzy na późniejszą twórczość reżysera i produkcje takie jak "Anal Palace" i podobne. Tak więc miłośnicy golizny i lesbijskich pieszczot powinni być usatysfakcjonowani. Na plus zaliczyć też trzeba muzykę w wykonaniu CAM i Klausa Kinski'ego w roli doktora. I całkiem ciekawie prezentującą się charakteryzację. Dość specyficzną, przywodzącą na myśl zombie z "Burial Ground". Jednym się to podoba, inni uważają za kompletną tandetę. Ja należę zdecydowanie do tej pierwszej grupy. No i jeszcze dość rozbudowana i pokręcona fabuła. Niezbyt może zaskakująca, ale interesująca. W końcu nie można od biednego Joe wymagać zbyt wiele! Ogólnie przyjemny przerywnik między oglądaniem bardziej ambitnych produkcji.

Ocena: 3+/6

Autor: grzEGOrz