Recenzja horroru

Death Doll (Mordercza lalka)
Tytuł oryginalny:
Death Doll
Reżyseria:
William Mims
Scenariusz:
Sidney Mims
Obsada:
Andrea Walters, William Dance, Jennifer Davis, Philip Boatwright
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1989
Czas trwania:
82 minuty
Moi czytelnicy doskonale wiedzą o tym, że uwielbiam wyszukiwać i opisywać horrory zapomniane, widziane ledwie przez garstkę osób. W dobie panowania DVD i powolnego odchodzenia kaset video do lamusa coraz trudniej o horrory niedostępne na wspomnianym nośniku. Wbrew pozorom jest ich jednak multum, a zdarzają się pośród nich istne celuloidowe koszmary. Jednym z nich jest "Death Doll" – prymitywny horror, który doprowadził reżysera Williama Mimsa do finansowej ruiny. Po obejrzeniu tego żałosnego dziełka jestem w stanie stwierdzić dlaczego.
Młoda parka przybywa do sklepu z antykami. Tam odnajdują przepowiadającą przyszłość maszynę, na którą składa się szklane opakowanie i przypominająca wiedźmę figura w środku. Po odpaleniu maszyna przepowiada ciężarnej kobiecie imieniem Trish, iż znajdujące się w jej łonie dziecko przyniesie pecha. Następnie cofamy się w przyszłość. Bobby, małżonek Trish, zginął tragicznie w tajemniczym wypadku i pozostawił żonie małą fortunę. Główna bohaterka próbuje sobie ułożyć od nowa życie, ale ktoś jej w tym systematycznie przeszkadza. W mieszkaniu, gdzie wcześniej przebywała, tajemniczy morderca zabija nożem kobietę. Trish szuka pomocy u szwagierki oraz szwagra, którzy zdają się z nią sympatyzować. Kim jest prześladujący ją maniak, który po każdej zbrodni pozostawia na miejscu lalkę? Czy chodzi mu o spadek, a może za jego czynami kryje się obłęd? No cóż, dowiecie się tego w mało ekscytującym finale, o ile wcześniej nie wyłączycie "Death Doll" w cholerę.
Pierwsze, co się od razu rzuca w oczy po rozpoczęciu filmu to wszechobecna taniocha. Toć niektóre produkcje porno wyglądają bardziej profesjonalnie. W sumie nie ma się czemu dziwić, w końcu amatorszczyzną wieje tutaj na kilometr. Rzut okiem na zazwyczaj niezawodną w takich wypadkach IMDb wskazuje, że żaden z występujących w "Death Doll" ‘aktorów’ praktycznie nigdzie więcej się nie pojawił, co akurat nie może dziwić, bo ich wyczyny ogląda się z leciutkim zażenowaniem. Internet Movie Database podaje także reżysera filmu w osobie niejakiego Williama Mimsa, zmarłego w 1991 roku aktora znanego z rozlicznych komercyjnych seriali m.in. z "Bonanzy", ale z własnych źródeł wiem, iż chodzi o innego osobnika o tym samym imieniu i nazwisku, który żyje i cieszy się dobrym zdrowiem – może dlatego, że przestał się udzielać w biznesie filmowym. Powiadam wam, chwała mu za to, bo więcej gniotów od niego bym nie zdzierżył. Podobno sfinansował projekt samodzielnie, co doprowadziło go do ruiny. Żeby jeszcze udało mu się nakręcić przyswajalny film – chyba nie wymagam zbyt wiele.
W "Death Doll" kompletnie nie ma na czym zawiesić oka. Aktorzy grają niemrawo, gore brak (czyżby skończył się budżet?), fabuła wlecze się niczym kawalkada samochodów stojących w wielokilometrowym korku i jest diabelnie męcząca. Jedynie sceny z maszyną przepowiadającą przyszłość powodowały, iż choć na chwilkę przestawałem spoglądać na zegarek. Denerwowała mnie irytująca muzyka, absolutny brak stylu i zero innowacji, jeśli chodzi o zdjęcia. Jeszcze przed rozpoczęciem seansu rzut okiem na cover utwierdził mnie w przekonaniu, iż obejrzę sobie przyjemny lalczany horror w stylu "Dolls" Stuarta Gordona czy "Child’s Play" Toma Hollanda. Nic bardziej mylnego, bowiem tytułowa lalka jest symbolem śmierci obecnym, gdy dochodzi do zabójstw. Nie porusza się, ani nie mówi, okładka filmu wprowadza więc widza w błąd.
Horror niniejszy jest ekstremalnie rzadki i mocno powątpiewam, iż ktokolwiek zdecyduje się go wydać w przyszłości na DVD. Tym lepiej, ponieważ filmy takie jak ten powinny zostać pogrzebane w mrokach niepamięci na wieki.