Recenzja horroru

Death Bed: The Bed that Eats
Tytuł oryginalny:
Death Bed: The Bed that Eats
Reżyseria:
George Barry
Scenariusz:
George Barry
Obsada:
Demene Hall, Rusty Russ, Julie Ritter, Linda Bond, Patrick Spence-Thomas
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1977
Czas trwania:
77 minut






Do nakręcenia "Death Bed: The Bed That Eats" zainspirował reżysera sen. Barry napisał scenariusz bardziej skłaniający się w kierunku baśni niż horroru, lecz samo nakręcenie filmu zajęło mu pięć długich lat (1972-1977) przy budżecie wynoszącym 30 tysięcy dolarów. W rezultacie powstał obraz wyjątkowo dziwaczny, niezmiernie trudny do racjonalnego wytłumaczenia, przesycony surrealizmem i niezwykłą aurą rodem z onirycznego koszmaru. Przez wiele lat "Death Bed" praktycznie nie istniał w obiegu video – nigdy nie był dystrybuowany na terytorium USA, natomiast na terenie Wielkiej Brytanii można go było obejrzeć jedynie w formie pirackiej kopii. Dopiero w 2003 roku film ten po 26 latach od powstania miał swoją premierę na wydanym przez Cult Epics DVD.
W opuszczonej rezydencji stoi barokowe łóżko opętane przez złego ducha. Nieopdal niego wisi portret autorstwa Aubreya Beardsleya. Co ciekawe, Aubrey Beardsley to postać historyczna, żyjący w XIX wieku artysta najlepiej znany jako ilustrator "Salome" Oscara Wilde’a. Za portretem uwięziona jest zjawa rysownika, która nie mając nic do roboty, pełni funkcję narratora opowieści. Z jej opowiadania można wywnioskować, że w 1897 roku duch drzewa stojącego blisko rezydencji zakochał się w odzianej w czarną suknie kobiecie. Dla niej przybrał ludzką formę i aby ją uwieść wybudował łożko. Niestety jego ukochana zmarła, a duch zapłakał z rozpaczy krwawymi łzami zraszając nimi łoże i budząc je do życia. Przez lata owo łóżko pożarło wielu nieszczęśników, w tym samego Beardsleya, aczkolwiek w jego przypadku ponownie przywróciło go do życia i uwięziło na zawsze za wykonanym przed śmiercią rysunkiem. Żarłoczne łoże traci swą moc jedynie wówczas, gdy budzi się duch wiatru... Jaki więc los czeka trzy niewiasty (Diana, Suzan oraz Sharon), które trafiły do osamotnionego dworku? Czy zostaną wessane w otchłań łóżka? Co czeka brata jednej z dziewcząt?
"Death Bed" to niemalże podręcznikowa definicja snu przeniesionego na ekran. Na pewno nie jest to film pozbawiony wad – aktorzy grają raczej słabo (no może z wyjątkiem Dave’a Marsha w roli wiktoriańskiego ilustratora oraz Demene Hall jako Diany), a efekty specjalne nie są zbytnio wyszukane. Wyśniony koncept filmu zapewne wielu z was może uznać za dziwny, ale czyż nie takie są czasami sny? Na korzyść nietuzinkowego obrazu Barry’ego przemawia przede wszystkim jego magiczna wizja, to enigmatyczne coś, co tak niewielu twórców niskobudżetowych produkcji jest w stanie wychwycić. Urzekają zawarte w "Death Bed" oniryczno-surrealistyczne sceny (spotkanie we śnie Diane martwej Suzan siedzącej przy kominku i przeglądającej księgę umarłych ze srebrnymi, niezapisanymi kartkami, kwiaty czerwonych róż wyrastające z czaszki Suzan), wreszcie bawi zastosowany w filmie humor (podzielenie fabuły na cztery części, a mianowicie Breakfast, Lunch, Dinner i Just Desserts, dziwaczna reakcja brata Sharon na jego pozbawione skóry, szkieletowe dłonie). I pomimo, że "The Bed That Eats" wielokrotnie ociera się o stylistykę camp, to jednak Barry opowiada swoją historię jak najbardziej na serio, aczkolwiek z lekką domieszką humoru. Nastrój filmu jest hipnotyczny, nawet w tych najstraszliwszych sekwencjach, znakomicie uwypuklany poprzez cichą, staranną narrację uwięzionego za własnym obrazem malarza. Ponadto widok młodego rysownika zza drugiej strony malowidła przypomniał mi antyczne, nawiedzone lustro z pierwszego segmentu słynnego horroru "Dead of Night" (1945). Równie intrygująco wypada ścieżka dźwiękowa wypełniona organicznymi odgłosami przyrody. Słyszymy między innymi bzyczenie insektów, śpiew ptaków, odgłos szumiących na wietrze drzew. Zagadkowa jest natomiast aluzja do pogańskiego artysty Aubreya Beardsleya i tajemnicze odniesienia do mistycznych rytuałów odprawianych przez bractwo znane pod nazwą The Hermetic Order of the Golden Dawn, którego Beardsley był aktywnym członkiem
Miłośnikom makabry nie mogę zarekomendować niniejszej produkcji, bo krwi tutaj nie ma zbyt dużo. Ale owa fuzja dualistycznych tematów tj. narodziny i odrodzenie, magiczny oraz metafizyczny rozkład, lubieżność i dziewicza niewinność, dobro oraz zło, dodatkowo wymieszana z surrealistycznymi wizjami może na trwałe zapisać się w umyśle widza otwartego na dziwne, niekonwencjonalne kino. Kto wie, być może kiedyś debiutancki film George’a Barry’ego będzie wymieniany w jednej grupie wraz z tak unikatowymi obrazami jak "Eraserhead", "El Topo", "Lemora: A Child’s Tale of the Supernatural" czy "Viva La Muerte".