Recenzja horroru

Horror Dead People

Dead People (Mesjasz zła)

Tytuł oryginalny:

Dead People

Reżyseria:

Willard Huyck, Gloria Katz

Scenariusz:

Willard Huyck, Gloria Katz

Obsada:

Michael Greer, Marianna Hill, Joy Bang, Anitra Ford, Royal Dano, Elisha Cook Jr.

Kraj:

USA

Rok produkcji:

1973

Czas trwania:

90 minut

"...To miasto było zawsze odcięte od reszty okolicy z powodu otaczających go bagien i rzek, nie znamy więc wszystkich szczegółów tej sprawy. Jest jednak oczywiste, że stary kapitan Marsh przywiózł jakieś dziwne istoty, kiedy trzy jego statki powracały w latach dwudziestych i trzydziestych. Nie ulega wątpliwości, że nawet teraz jest coś dziwnego w ludziach mieszkających w Innsmouth... Nie wiem, jak to wyjaśnić, ale po prostu skóra człowiekowi cierpnie. Przekona się pan po Sargencie, jeżeli pojedzie pan jego autobusem. Niektórzy mają dziwaczne, płaskie głowy, wąskie nosy i wyłupiaste oczy, które wydają się nigdy nie zamykać, a ich skóra też jest jakaś inna.

Chropawa i pokryta parchami, szyja pomarszczona i pofałdowana. Bardzo wcześnie łysieją. Najgorzej wyglądają starzy, choć szczerze mówiąc nie zdarzyło mi się spotkać naprawdę starego człowieka. Chyba umierają spojrzawszy w lustro!" – H.P. Lovecraft, "Widmo nad Innsmouth".

Bodaj najpiękniejszym akcentem jakiegokolwiek wykwitu wyobraźni jest mnogość odmiennych znaczeń. Owe znaczenia mogą być różnorakie dla poszczególnych generacji i ich przedstawicieli. Pomysły i idee rodzą się w głowach twórców; w momencie, gdy zostaną poddane ekspresji, zaczynają żyć własnym życiem. Wartości wytworu wyobraźni nie da się zmierzyć, ponieważ ulega systematycznym zmianom. "Dead People" zapada w pamięć nie dlatego, iż fabularnie zahacza o rejony "Nocy żywych trupów" George’a A. Romero i "Carnival of Souls" Herka Harveya – dzieje się tak, bowiem ustawicznie zaskakuje i pozwala zatopić wzrok w przepastnych głębiach fantasmagorii.

Opustoszałe, nadmorskie miasteczko Point Dune kołysane do snu złowieszczym szumem fal. Na skutek zastanawiającego milczenia ze strony ojca-malarza dziewczyny, Arletty zostaje zmuszona do przyjazdu nad mroczne morze – tak jakby przeklęte miejsce rzuciło na nią urok. Dom artysty świeci pustkami. Jedynie z zamalowanych ścian łypią na nią przerażające sylwetki ludzkie o pustych, zmatowiałych twarzach. Dziennik ojca opisuje stopniowe popadanie w coraz większe szaleństwo, wywołane na skutek tajemniczej zarazy trzymającej Point Dune w bezlitosnych kleszczach. Wraz z nastaniem poranka Arletty wędruje ulicami martwego miasta i natyka się na zagadkowego mężczyznę, któremu towarzyszą dwie kochanki. W powietrzu wisi cień straszliwej legendy o ‘Księżycu Krwi’: luna przepasana czerwienią oznacza nadejście potworności z oceanicznych głębin. Wskazują na to pierwsze symptomy przyczajonej grozy: z oczu mieszkańców leje się krew, wymiotują żukami, larwami i jaszczurkami, co więcej zaczyna smakować im ludzkie mięso...

Lovecraftowska fabuła "Dead People" toczy się ospale przygotowując grunt pod subtelne niuanse i kilka szokujących niespodzianek. Żywe trupy obecne w filmie nadal pozostają nad wyraz ludzkie, nawet wówczas, kiedy nadchodzi proces gnilny, co też czyni je jeszcze bardziej przerażającymi. Nad zapomnianym miasteczkiem unosi się eteryczna aura niepokoju gotowa do eksplozji w każdej chwili. Co znamienne, lista horrorów, które mógł zainspirować "Mesjasz zła" jest imponująca: "Prince of Darkness" Johna Carpentera (ujęcie na otwarte usta Arletty, w których tkwi robak), "City of the Living Dead" (idea zombies roniących strużki krwi z oczodołów), "Dead and Buried" (nadmorska mieścina opanowana przez hordy martwych), "Dawn of the Dead" George’a A. Romero (rewelacyjna sekwencja w supermarkecie nawiedzonym przez chodzące trupy – na pięć lat przed "Świtem umarłych"!) i wreszcie "In the Mouth of Madness". Drobne usterki dają o sobie znać w trakcie seansu: finalna konkluzja jest słaba i telegrafuje prolog filmu. W dodatku przed właściwym prologiem ma miejsce jeszcze jedno zbędne wprowadzenie: słodka dziewczynka podrzyna gardło przestraszonemu mężczyźnie, który przybiega po pomoc. Napisy końcowe ‘zdobi’ żenujący miłosny song, jakże typowy dla konfliktowych lat siedemdziesiątych.

"Dead People" to esencja fantasmagorycznego koszmaru, w którym wszystko nie jest takie, jakie być powinno. Oglądając ten w gruncie rzeczy zapomniany horror widz nie potrafi odnieść się do wydarzeń, które mają miejsce, traci orientację i jest bezsilny. Daje to fantastyczny efekt zaskoczenia, na którym bazuje znamienita twórczość Davida Lyncha. Point Dune skrywa w swoich trzewiach niejeden mroczny sekret. Żyjący ludzie zamieniają się w martwych na skutek niewidzialnej siły korumpującej ciało i duszę. Malarz wie o jej istnieniu, sięga do swojej wyobraźni i wydobywa na powierzchnię przypominające bezruch manekinów, blade jak kreda twory. Poszczególne sekwencje zapisują się w pamięci: Joy Bang otaczana przez martwych w kinie (na sali leci rzadko widziany western Bernarda Girarda "Gone with the West" z 1975 roku), Michael Greer włóczący się opustoszałymi ulicami miasteczka i mijający manekiny na wystawach sklepowych, krwawiący mieszkańcy Point Dune hipnotycznie wpatrzeni w bezkres oceanu, wyczekujący nadejścia mesjasza zła... Nie ma sensu dalej wyliczać, oj, nie ma. Szara, wyblakła kompozycja kadru jeszcze bardziej podkreśla oniryczny charakter filmu.

Reżyser "Messiah of Evil", Willard Huyck i scenarzystka Gloria Katz zasłynęli najbardziej napisaniem scenariusza do kultowego "American Graffiti" (1973). Huyck zrealizował później tandetną komedyjkę "Best Defense" (1982) z Eddim Murphym i "Kaczora Howarda" (1986) – jeden z najbardziej doniosłych symboli kiczu lat 80-tych. Marianne Hill, odtwórczyni roli Arletty pojawia się również w dziwacznym horrorze Teda Posta "The Baby" (1973) i w przeciętnym "Blood Beach" (1981), traktującym o krwiożerczej istocie żyjącej w plażowym piasku. Ray Nadeau, reżyser zatęchłego kiczu o Bigfoocie, "The Beauties and the Beast" (1974) udzielał się na planie "Mesjasza zła" w trakcie post-produkcji. Polskie wydanie DVD TIM Studio w ramach cyklu Dekady Grozy nie grzeszy przyzwoitym transferem, a co za tym idzie nie zawiera żadnych bonusów za wyjątkiem dostępu do scen. Najbardziej wkurza mnie niemożność wyłączenia lektora i obejrzenia filmu w oryginalnej wersji językowej... Przecież żyjemy w XXI wieku, państwo dystrybutorzy? Pomimo tych zgrzytów horror Huycka warto postawić na półce obok niedocenionego proto-slashera "Silent Night, Bloody Night" (1973). Także zapraszam do sklepów!

Ocena: 5/6

Autor: Embalmer