Recenzja horroru

Daughter of Darkness (Córka mroku)
Tytuł oryginalny:
Daughter of Darkness
Reżyseria:
Stuart Gordon
Scenariusz:
Andrew Laskos
Obsada:
Anthony Perkins, Mia Sara, Jack Coleman, Robert Reynolds, Kati Rak
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1990
Czas trwania:
93 min.
Stuart Gordon to człowiek, którego wielbicielom filmów grozy przedstawiać nie trzeba. Tryskający w swych horrorach nieszablonowymi pomysłami i powalającym humorem, "Córką mroku" będącą produkcją telewizyjną, ukazuje niechlubne dno swych reżyserskich możliwości. Dno, w którym na próżno doszukiwać się zadziorności "Re-Animatora", dowcipu "Stamtąd" czy też energii "Potwora na zamku". Tu wszystko jest niewymyślne, przeciętne, wręcz drętwe, absolutnie niepodobne do mężczyzny, który na długo przed "Martwicą mózgu" Jacksona, pokazał nam ile radości może przynieść gore.
Cathy Stevens po śmierci matki udaje się do Rumunii w poszukiwaniu ojca. Jedyna informacja, jaką dysponuje to ta, że pochodził z Bukaresztu, a ostatnią po nim pamiątkę stanowi medalion w kształcie smoka, zdający się być herbem rodzinnym. Żyjące w ciągłym strachu miasto, gdzie wokół turystów uwielbia węszyć policja, jest tym, które Cathy często odwiedzała w koszmarach. Jej przewodnikiem w sennych wędrówkach jest mnich bez twarzy, którego rzeźba stanowi istotną ozdobę zamku należącego niegdyś do rodu Cathy. Młoda amerykanka rozpoczyna poszukiwania ojca, w których pomaga jej pracownik ambasady i pewien sympatyczny taksówkarz. Amatorskie śledztwo sprawi, iż pozna Bukareszt od naprawdę ciemnej strony.
"Córka mroku" udowadnia, że wszelka fikcja i legenda, choćby ta najbardziej przerażająca, blednie w obliczu okrutnej rzeczywistości. W horrorze Gordona to nie wampiry napawają największą grozą, ale krytyczna sytuacja Rumunii, do której doprowadził znienawidzony przez swych rodaków, do śmierci uważający się za "dobrego komunistę", Nicolae Ceausescu. Mimo, iż owa kwestia stanowi jedynie tło, dosłownie prosząc się o rozwinięcie, dotyka widza bardziej niż skromna gromadka krwiopijców. Osobiście gdybym sam był "dzieckiem nocy", zamieszkiwał szare ulice Bukaresztu i miał po swej stronie armię podobnych sobie istot, to dysponując taka mocą pokusiłbym się o wykorzystanie parszywej sytuacji kraju. O to właśnie chodzi wampirom, o dominację, o wyjście z cienia i zapoczątkowanie nowej rasy, swobodnie kroczącej w promieniach popołudniowego słońca. W owej telewizyjnej historyjce, mieszkańcy podziemnego świata potrafią jedynie mówić o tych pragnieniach, nie czynią nic szczególnego by wcielić je w życie. Może boją się reżimu skuwającego państwo w żelazne kajdany i próbę uformowania go na własny użytek uznają za irracjonalną (w "Mistrzu i Małgorzacie" Bułhakowa do walki z systemem stanęły diabły i też poniosły klęskę). Natomiast scenarzysta w najmniejszym stopniu nie pokusił się o połączenie tych dwóch wątków, dla niego świat nadprzyrodzony i rzeczywisty to dwie równoległe linie, które nigdy się nie zetną, przez co film traci na sile. Andrew Laskos pisząc tę historię ewidentnie starał się nie komplikować sobie pracy, co zaowocowało fabułą prostą jak metr sznurka. Bez zwrotów akcji, bez gore, bez suspensu, bez życia. Bohaterowie toczą niekończące się dialogi, operator serwuje odrobinę widoczków, a widz siedzi znudzony i zastanawia się czy owo "smętactwo" faktycznie wyreżyserował twórca "Re-Animatora". W "Córce mroku" przez blisko 90 minut praktycznie nic się nie dzieje, a Gordon nie czyni nic by zmienić ten stan. W celu podniesienia atrakcyjności tworzonego przez siebie obrazu, realizatorzy zrezygnowali z osikowych kołków, czosnku, krucyfiksów, luster, wody święconej i przede wszystkim zębów (ta odmiana nocnych łowców dysponuje specjalnie zmodyfikowanymi językami). Jednakże pozbawiając legendę owych przymiotów powstało wiele luk, których nie zastąpiono niczym interesującym. Oczyszczająca siła ognia to propozycja na rozwiązanie wszelkich problemów, tak więc w finale chmura piekącego żywiołu przetacza się przez ekran, usilnie starając się podgrzać atmosferę. Jedynie Colin Towns, autor muzyki, wyrywa się z macek prostoty i banału, zaskakując widza niezwykle udanymi kompozycjami, dzielnie próbującymi przebić się przez bezbarwną fabułę, która tylko je krępuje.
Reasumując, wampiry u Gordona to banda "krzykaczy", słabych i kiepsko zorganizowanych. Dziwacy, bardziej śmieszni niż przerażający, niepotrafiący odmienić przeklętego losu, jaki ich spotkał. Wyprany z wszelkiej oryginalności "Krwawnik" Teda Nicolaou, którego akcja również rozgrywa się na ulicach Bukaresztu, ma w sobie więcej ikry, a pojawiający się w nim krwiopijcy mimo ogranych gestów potrafią efektowniej umilić czas. Twórca "Potwora na zamku" zdecydowanie przegrywa, "Córka mroku" to najsłabszy film w jego karierze, potrafiący zagnębić nawet wielbicieli wampirycznych opowieści.