Recenzja horroru

Horror Dark Universe

Dark Universe (Mrok wszechświata)

Tytuł oryginalny:

Dark Universe

Reżyseria:

Steve Latshaw

Scenariusz:

Patrick Moran

Obsada:

Joe Estevez, Blake Pickett, Laurie Sherman, Bently Tittle, John Maynard

Kraj:

USA

Rok produkcji:

1993

Czas trwania:

83 minuty

Lubicie gumiaste monstra z kosmicznych przestworzy? Steve Latshaw też lubi, a rzut okiem na jego filmografię to potwierdza. "Dark Universe" czy "Biohazard: The Alien Force" z 1995 roku niechże posłużą za dwa dobitne przykłady. Przykłady totalnych celuloidowych pomyłek od których oglądania ma się nieodparte wrażenie, iż iloraz inteligencji nieszczęsnych filmowców jest równy zeru.

Statek kosmiczny Nautilus rozbija się na bagnach Everglades wskutek przelotu przez tajemniczy obłok. Jedyny astronauta na pokładzie Steve, na skutek zetknięcia się z kosmicznymi zarodkami, przeobraża się w śluzowatego stwora z wyglądu przypominającego kupę z zębami. Grupa naukowców oraz telewizyjna reporterka zostają wysłani na florydzkie moczary w celu odszukania miejsca katastrofy. Wkrótce zaczynają umierać atakowani przez rozjuszoną kreaturę...

Kupa z kosmosu. Owo określenie w wydatny sposób opisuje zawartość "Dark Universe". Zacznijmy może od aktorstwa, którego nie da się inaczej określić, niż negatywnie. Jest żenujące. Tandetne. Gówniane. Bently Tittle w roli bagiennego przewodnika powinien jak najszybciej wracać na kurs aktorski. Reporterka oraz dziewczyna Tittle’a pokazują gołe biusty, aby czymś zainteresować znudzonego widza, bo ich wysiłki na polu aktorskim wołają o pomstę do nieba. Astronauta o imieniu Steve kierując kapsułą kosmiczną najwyraźniej zapomina, iż w kosmosie działa siła grawitacji. Nie nosi nawet ochronnego skafandra. Na Ziemi oczekuje na lądowanie Nautilusa tylko jeden osobnik: brat Martina Sheena i niekwestionowany weteran kiczowatych produkcji indie, Joe Estevez, którego śmiechu warty występ ogranicza się do mówienia do mikrofonu. To on wysyła ekipę poszukiwawczą na bagna Florydy i po wlokących się jak gil z nosa wielu minutach bezsensownego łażenia po zaroślach, przerywanego co pewien czas durnymi gadkami, grupka natyka się na miejsce wypadku. Reżyser filmuje model statku z bliskiej perspektywy, a ‘aktorów’ z dalekiej, co wywołuje iluzję wielkości obiektu. Rozwiązanie proste, efekt skandaliczny. Bagno, owa sama przez się "żyjąca istota" wygląda niczym zapuszczone podwórko kogoś z ekipy filmowej. Obca forma życia prezentuje się przekomicznie – toż to swoisty ekskrement z ociekającym śluzem wianuszkiem zębów a la "Aliens" dostrzegający swe ofiary w podczerwieni a la "Predator". Naturalnie kule z pistoletu się go nie imają, ale wystarczy wypalić do niego z flary... Ooops, bo napisze za dużo, choć szczerze wątpię, iż po mojej entuzjastycznej recenzji ktokolwiek przy zdrowych zmysłach sięgnie po tenże amatorski śmieć. Aha, masochiści już zacierają łapy, a ja się po prostu wyżywam. Przykro mi. ;)

Rozbawiła mnie do łez scena ataku czegoś co przypominało pancernika na jednego kretyna z ekipy poszukiwawczej. Kompletna kicha, zapewniam was. Na osłodę pozostaje kilka ujęć aligatorów w wodzie oraz wyjątkowo absurdalne zakończenie rywalizujące pod kątem nieskrępowanej głupoty ze sławetnym finałem "Star Crystal" (1986). No i byłbym zapomniał o najważniejszym – krwiożercze monstrum zwane Steve.

Pała się należy i na tym pragnę zakończyć mój wywód. Do sedesu z tym kałem i tylko nie zapomnijcie spuścić za sobą wody, by zbyt długo nie unosił się smród.

Ocena: 1/6

Autor: Embalmer