Recenzja horroru

Dark Night of the Scarecrow
Tytuł oryginalny:
Dark Night of the Scarecrow
Reżyseria:
Frank De Felitta
Scenariusz:
J. D. Feigelson
Obsada:
Charles Durning, Tonya Crowe, Jocelyn Brando, Larry Drake
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1981
Czas trwania:
100 minut





Motyw stracha na wróble wydaje się być stworzony dla takiego gatunku jak horror. Idealny temat to jednak nie wszystko, należy go jeszcze poddać sensownej obróbce, żeby powstał kawałek autentycznego kina, a nie pseudo-filmowa karykatura, o co wcale nie jest tak trudno. Stracha na wróble nie raz brano na warsztat, ale z różnym skutkiem. W "Żywych trupach" ("Scarecrows") mieliśmy doskonałą grozę w wydaniu niskobudżetowym, w "Czasie Żniw" ("Slash"), toporną miernotę wciśnięta w formułę teen slashera. Być może oba filmy nigdy by nie powstały, gdyby nie "Dark Night of the Scarecrow" – chyba najbardziej zasłużony horror o tej tematyce, bo stanowiący niedościgniony wzór dla wielu podobnych obrazów.
Bubba to lokalny głupek, który wedle mieszkańców małego miasteczka stanowi zagrożenie dla ich dzieci. W rzeczywistości nie jest w stanie ich skrzywdzić, bo darzy ich, charakterystyczną dla lekko upośledzonych, naiwną miłością. Pech jednak chce, że podczas zabaw dochodzi do przykrego wypadku – mała dziewczynka zostaje zaatakowans przez psa i dotkliwie pogryziona. Bubba ratuje dziecko, ale zostaje niesłusznie oskarżony o jej śmierć i ściąga na siebie gniew czterech mężczyzn, którzy od dawna chcieli się z nim rozprawić. Zaszczuty Bubba ucieka do matki, która przebiera go za stracha na wróble. Ścigający go mężczyźni nie dają się jednak zwieść prowizorycznemu przebraniu i nie zwracając na błagalne słowa: "Bubba tego nie zrobił" dokonują egzekucji. Kiedy okazuje się, że dziewczynka żyje, zostają postawieni przed sądem, jednak udaje im się uniknąć karzącej ręki sprawiedliwości. Wkrótce potem na ich polach pojawia się strach na wróble...
Siłą opowieści przedstawionej w "Dark Night…" jest niesamowity klimat, który udało się stworzyć reżyserowi już w początkowych minutach i utrzymać przez cały czas seansu. Reżyser, Frank De Felitta (swoją droga autor powieści, na podstawie których nakręcono dwa inne interesujące obrazy gatunku - "Audrey Rose" oraz "The Entity"), nie spieszy się z przedstawianiem wydarzeń, koncentruje się na powolnym, starannym budowaniu napięcia. Robi to całkiem umiejętnie, nie szarżując za bardzo, pozwalając by akcja nabrała właściwego dla tonu opowieści tempa. Jedynie sporadycznie przewijają się nastrojowe sceny grozy zakończone uśmierceniem któregoś z morderców Bubby. Co ciekawe, nie ma tutaj standardowych narzędzi zbrodni, których moglibyśmy się spodziewać, do krwawej zemsty wykorzystane zostają właściwie tylko maszyny rolnicze np. jeden z zabójców zostaje przemielony przez sieczkarkę do gałęzi, a drugi zostaje zamknięty w silosie i przysypany ziarnem niczym jeden z detektywów w pamiętnej scenie ze "Świadka" Peter’a Weir’a z Harrisonem Fordem w roli głównej. Mamy więc swoisty agro-horror, zabrakło mi jedynie soczystego szatkowania w krajalnicy do buraków cukrowych. Sceny te są co prawda oczyszczone z czerwonego koloru, co specjalnie nie dziwi, ponieważ film został nakręcony dla potrzeb TV, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Wszystkie momenty grozy są za to dość mroczne, ale jednocześnie doskonale sfotografowane, za co z pewnością należą się słowa uznania dla Vincent’a Martinelli’ego, autora zdjęć. Jednakże w "Dark Night of the Scarecrow" brakuje mi choć jednej wyrazistej sceny, którą pamiętałoby się na długo po zakończeniu seansu. Dla porównania w dość przeciętnym "Night of the Scarecrow" Jeffa Burra, moment zaszywania ust księdzu to obraz, który nadal mam wyraźnie przed oczyma, mimo iż film widziałem dobre kilkanaście lat temu.
Na pierwszy plan spośród postaci występujących w filmie wysuwa się lokalny listonosz Otis, świetnie zagrany przez Charlesa Durninga ("When a Stranger Calls", 1979), od początku wrogo nastawiony do Bubby, zaślepiony nienawiścią, zdolny przeciągnąć na swoją stronę słabszych kompanów, którzy ulegli wobec niego łatwo dają się nakłonić do zbrodni. Bezduszny, samolubny i obmierzły typ, prezentujący małomiasteczkowe zacofanie w najgorszej możliwej postaci, który nie zatrzyma się nawet przed zabiciem swojego kumpla, aby tylko chronić własny tyłek. A jak wiadomo im bardziej paskudny charakter, tym słodsza będzie zemsta - Otis zostanie w końcu srodze ukarany w bardzo dobrej i trzymającej w napięciu, choć pozbawionej troszkę sensu, końcówce filmu, rozgrywającej się w nocy w szczerym polu. Szkoda tylko, że zostali bohaterowie (może za wyjątkiem małej Marylee, której uczucie do Bubby jest autentycznie poruszające) zostali przez scenarzystę potraktowani po macoszemu. Żal tym większy, bo dało by to pole do popisu kilku naprawdę niezłym aktorom.
"Dark Night…", mimo iż przeznaczony dla TV, miał jednak dość duży wpływ na podobne produkcje, które często garściami czerpały z niego pomysły. Trudno sobie wyobrazić, że twórcy takich filmów jak chociażby "Dark Harvest", czy w szczególności "Scarecrow Slayer" nie znali filmu i nie czerpali z niego inspiracji. Jednakże, jak to w takich przypadkach bywa ich trudy poszły na marne, bo "Dark…" okazał się być filmem zbyt dobrym, by stawać w nim w szranki. Do jego poziomu przystaje tylko wspomniany we wstępie "Scarecrows", a jedynym filmem, który moim zdaniem, wyraźnie go pobił jest wizualnie porywający i przesiąknięty niesamowitą atmosferą grozy japoński "Kakashi", choć to już zupełnie inny rodzaj kina.