Recenzja horroru

Cold Prey (Hotel zła)
Tytuł oryginalny:
Fritt vilt
Reżyseria:
Roar Uthaug
Scenariusz:
Roar Uthaug, Thomas Moldestad, Martin Sundland
Obsada:
Ingrid Bolsø Berdal, Rolf Kristian Larsen, Tomas Alf Larsen, Endre Martin Midtstigen
Kraj:
Norwegia
Rok produkcji:
2006
Czas trwania:
97 minut
Wydawać by się mogło, ze nie ma nic prostszego niż nakręcić slasher. Wystarczy morderca w masce szlachtujący hurtowo grupę ludzi, spośród których wyłania się boska heroina, która ostatecznie posyła maniaka do diabła. Jak jednak pokazały ostatnie lata nie jest to takie proste, bo filmy tego nurtu spadły do bardzo niskiego poziomu. Serwowane natrętnie post-Krzykowe obrazy z atrakcyjną, ale mało rozumną młodzieżą kompletnie zbrukały zasłużone dla gatunku "imię" slashera, które wykuwało się głównie na początku lat 80. zeszłego wieku wraz z takimi tytułami jak "Maniac", "The Burning", czy jakby nie patrzeć "Friday the 13th" Od pewnego czasu sytuacja zaczęła się polepszać, a ostatnio pojawiły się również tytuły, które tchnęły nowe życie w skostniałą strukturę slashera, że wystarczy wspomnieć "Behind the Mask: The Rise and Fall of Leslie Vernon", czy "All the Boys Love Mandy Lane". Ale ja zatęskniłem za czymś innym: za normalnym, niewyszukanym, czysto rozrywkowym horrorem tego nurtu, tyle że dobrym. "Cold Prey" oferuje to wszystko plus odrobinę więcej.
Piątka zapaleńców wybiera się w góry na snowboard. Zaledwie po kilku minutach jeden z nich ma wypadek, w wyniku którego doznaje otwartego złamania nogi (niezbyt miłe ujęcie). Niestety, zbliża się noc i jest już za późno na powrót, dlatego młodzi ludzie postanawiają zatrzymać się w napotkanym na odludziu i, wydawać by się mogło, opuszczonym hotelu. Wkrótce odkrywają, że nie są pierwszymi zbłąkanymi turystami, którzy znaleźli schronienie w tym miejscu. Tyle, że nieuchwytny właściciel tej noclegowni dość szybko i konkretnie pozbywa się swoich gości…
Niejedna osoba zapewne jęknie po przeczytaniu opisu. Po raz enty to samo? Teoretycznie tak, to prawda, wielkiej oryginalności szukać tutaj nie należy. Trzon scenariusza niczym nie odbiega od masy podobnych filmów i w tym względzie "Cold Prey" jest bardzo standardowy, a nawet typowy do bólu. Przecież po początkowej sielance reżyser bez wahania rzuca bohaterów do osamotnionego miejsca, w którym ktoś powoli, ale systematycznie będzie ich eliminował. Ale twórcy podeszli do filmu bez kompleksów i z nastawianiem, że umiejętności pozwolą im przezwyciężyć gatunkowe ograniczenia. I nie pomylili się. Bohaterowie to nie wyprane z emocji i rozumu kukły, to prawdziwi ludzie, autentycznie panikujący w chwilach największego zagrożenia, ale i potrafiący trzeźwo myśleć, kiedy muszą walczyć o przeżycie. Zwykłe szaraki, które przy kontakcie z bronią nie wiedzą, jak się nią posługiwać, a otwarte złamanie kleją tym, co akurat udało im się znaleźć pod ręką, choćby super-glue. Ten bardzo wyraźny i nieczęsto jednak spotykany realizm widać również w niektórych scenach morderstw, w których pojedyncze krople krwi z niebywałą autentycznością o mały włos nie lądują na twarzy widza. Reżyser nie szczędzi brutalności, ale też nie zachwyca się nią w jakiś przesadny sposób, nie celebruje jej, nie serwuje w nadmiarze. Wykorzystuje ją na równi z atmosferą napięcia, co tylko umiejętnie podkreśla grozę sytuacji, w jakiej znaleźli się młodzi ludzie. Do tego dochodzi otoczony zewsząd białą pustką hotel, który daje poczucie prawdziwej izolacji i choć część akcji dzieje się jednak z pominięciem śnieżnych plenerów, w pomieszczeniach, które równie dobrze można znaleźć wszędzie indziej, to jednak atmosfera osamotnienia daje się mocno we znaki. Swoją drogą nie powinno to specjalnie dziwić, mając na uwadze fakt, że ekipa filmowa faktycznie spędziła blisko tydzień marznąc w górach w tym miejscu odosobnienia.
Roar Uthaug, w swoim debiucie filmowym sprawnie łączy niemalże wszystkie składniki decydujące o dobrym horrorze. Umie wykorzystać znane elementy gatunku i przedstawić je w sposób dość ciekawy (tak jak np. banalną historię tajemniczych mordów), zapewnia widzom odpowiednią ilość mocnych wrażeń, nie boi się pokazywać przemocy (choć nie czyni z niej celu samego w sobie). Potrafi też dobrze zaprezentować ciekawą lokalizację, w czym pomagają mu wprawnie zrealizowane zdjęcia Daniela Voldheima. Dodatkowo, miał jeszcze to szczęście, że trafił na grono bardzo dobrych aktorów, bo trzeba przyznać, że wśród osób, które znalazły się obsadzie filmu próżno szukać słabych punktów; wszyscy wypadają dość szczerze i wiarygodnie. Na szczególną uwagę zasługuje Ingrid Bolsø Berdal, która swoją drogą zdobyła za tę rolę nagrodę publiczności przyznawaną w ramach norweskich Amanda Awards. Pewnym rozczarowaniem może być jedynie postać mordercy, wyglądającego nieciekawie i mało oryginalnie. Ale właściwie poza tą drobnostką, która nie wypływa na ogólną pozytywną ocenę filmu, reżyser potrafi doskonale wczuć się w oczekiwania widza.
Zaraz po projekcji przypomniał mi się jeszcze inny film nurtu pochodzący z Norwegii, mianowicie, mroczny i przerażający "Dark Woods". Początkowo myślałem, że to sporadyczny przypadek, ale wraz z "Cold Prey" Norwegowie udowodnili, że domeną dobrego slashera jest nie tylko Ameryka. Przy okazji warto wspomnieć, że film okazał się ogromnym sukcesem w swoim rodzimym kraju, zaliczając na swoim koncie jeden z najlepszych weekendów otwarcia wszechczasów (nie bez znaczenia jest tez pewnie fakt, że premiera odbyła się w piątek trzynastego). Mam nadzieję, że będzie to doskonała zachęta dla innych reżyserów z tego kraju, aby spróbować swoich sił w gatunku.
"Cold Prey" to dobry slasher, nie atakujący zaciekle jego konwencji z chęcią ich złamania (choć momentami świadomie im się przeciwstawia) i ze wszech miar nie starający się zrewolucjonizować jego wizerunku. Ale dający za to półtorej godziny porządnego horroru. Takiego, który z pewnością docenią wszyscy miłośnicy tego charakterystycznego nurtu, którzy z lekkim rozrzewnieniem spoglądają na dużo wcześniejsze dokonania na tym polu i z zażenowaniem na współczesne obrazy z Hollywood, którymi faszeruje się nas już od dłuższego czasu.