Recenzja horroru

Circus of Horrors
Tytuł oryginalny:
Circus of Horrors
Reżyseria:
Sidney Hayers
Scenariusz:
George Baxt
Obsada:
Anton Diffring, Donald Pleasence, Yvonne Monlaur, Yvonne Romain
Kraj:
Wielka Brytania
Rok produkcji:
1960
Czas trwania:
92 minuty






Jest taki trochę absurdalny, a trochę przerażający dowcip: przychodzi baba do lekarza i mówi: Heil Hitler! Lekarz jej na to: co pani, przecież wojna się dawno skończyła! A baba: ale ja pana poznałam, doktorze Mengele!
Zanim dowiecie się, co, u licha, ma wspólnego doktor Mengele z filmem "Circus of Horrors", spróbuję pokrótce naszkicować fabułę tego mało znanego brytyjskiego horroru.
2 lata po zakończeniu II wojny, po nieudanej operacji plastycznej, która doszczętnie niszczy twarz pacjentki i podejrzaną karierę pewnego niemieckiego chirurga (Anton Diffring), ów postanawia zbiec za granicę wraz z oddanymi wspólnikami. Ze zmienioną twarzą, jako dr Schüler ląduje we Francji, gdzie poznaje właściciela podupadłego cyrku (w tej epizodycznej roli świetny, jak zawsze, Donald Pleasence), ojca dziewczynki o twarzy okaleczonej wskutek wybuchu wojennej bomby. Po udanej operacji, zwracającej dziecku normalny wygląd, ojciec ustanawia doktora wspólnikiem w interesach. Tuż potem ginie w wypadku z niedźwiedziem, co jest na rękę Schülerowi, od teraz prawnemu właścicielowi cyrku. Ma on jednak problem ze znalezieniem pracowników, do czasu, aż spotyka oszpeconą prostytutkę. Jako chirurg daje tej i innym okaleczonym dziewczynom podejrzanej konduity olśniewającą urodę, ale też wymaga absolutnego posłuszeństwa i oddania, ciałem i duchem, trzymając je w ryzach znajomością ich nieraz bardzo mrocznej przeszłości. Te, które mimo to się zbuntują, muszą ponieść karę...
Jak już wspomniałam, "Circus of Horrors" nie jest powszechnie znanym horrorem. Przyćmiony nieco sławą innych brytyjskich straszydeł, głównie tych z wytwórni Hammer, znalazł jednak chętnych do jego odrestaurowania, dzięki czemu możemy cieszyć oczy jego blaskiem. To film przyjemny dla oka, bardzo kolorowy, z dyskretną erotyką, atrakcyjnymi i autentycznymi wstawkami cyrkowymi (twórcy filmu wspomagani byli przez trupę cyrku Billy’ego Smarta) oraz solidną charakteryzacją i w miarę udanym aktorstwem, a i sceny śmierci wypadają autentycznie i dość odważnie, jak na czas, w którym film powstał. W końcu wyszedł spod ręki Sidney’a Hayersa, reżysera znanego również z późniejszych "Night of the Eagle" (1962), czy "Assault"(1971). Jednak o jego sile stanowi kreacja Antona Diffringa, Niemca z pochodzenia, wprost stworzonego do roli cynicznego, pozbawionego skrupułów chirurga. Obdarzony niezwykłą, "aryjską" urodą (wojnę spędził w Kanadzie, internowany tam jako wróg za pochodzenie), ze swoim arktycznie błękitnym, przeszywającym spojrzeniem, nieodparcie narzuca skojarzenia z nazistowskimi oficerami, czy może nawet, w kontekście filmu, samym doktorem Mengele. Uroda Diffringa predysponowała go w oczach reżyserów do ról nazistów, niemieckich żołnierzy, co przez pewien czas było kulą u nogi aktora, ale z drugiej strony, pozwoliło zyskać popularność w roli Ribbentropa w serialu "Wichry wojny". Miłośnicy kina grozy skojarzą go również z ról w kilku gialli i horrorach, np. filmie Riccardo Fredy " L’iguana dalla lingua di fuoco" czy "Morti negli occhi del gatto" Antonio Margheritiego. Nie zdziwiłabym się gdyby Lucyfer miał twarz właśnie Antona Diffringa.
Ale wrócę do dowcipu, od którego rozpoczęłam pisanie tej recenzji. Otóż gwoździem do trumny i tak podejrzanego doktora stała się jego dawna pacjentka, oszpecona na początku filmu. Tak jak baba z kawału, poznała swojego rzeźnika...