Recenzja horroru

Christmas Evil (Makabryczne święta)
Tytuł oryginalny:
Christmas Evil
Reżyseria:
Lewis Jackson
Scenariusz:
Lewis Jackson
Obsada:
Brandon Maggart, Jeffrey DeMunn, Dianne Hull, Joe Jamrog, Andy Fenwick
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1980
Czas trwania:
92 min.
Według tradycji Święty Mikołaj to baśniowa postać przyodziana w czerwony kubraczek, która w okresie świąt Bożego Narodzenia rozwozi dzieciom prezenty saniami ciągniętymi przez zaprzęg reniferów. Zazwyczaj wyobrażany jest jako sympatyczny grubasek z bujną, białą brodą i basowym głosem, co zawdzięczamy koncernowi Coca-Cola, na zlecenie, którego wizerunek ów został opracowany. Jednak Lewis Jackson, reżyser jednego filmu, zniekształca nieco ten obraz, oferując widzom w zamian zdziwaczałego, zamkniętego w sobie pracownika fabryki zabawek. Wielkiego miłośnika Gwiazdki, którego osobliwa obsesja pociąga do zbrodni. "Makabryczne święta" są jej zapisem, niezwykłym dziennikiem z najważniejszej w roku nocy dla Mikołaja, który szczególnie srogo przestrzega zasady – grzeczni/niegrzeczni.
Nieśmiały, sprawiający wrażenie stale zasmuconego, Harry Stadling, doznał w dzieciństwie szoku, który na stałe zapisał się w jego psychice. Od małego zafascynowany postacią Świętego Mikołaja ujrzał na własne oczy jak ojciec przebrany za ów legendarną postać, nieprzyzwoicie zabawia się z mamą. Jego mania przez kolejne lata ewoluowała, aż w końcu widzimy go jako dojrzałego mężczyznę, ciągle kawalera, który dotarł do punktu krytycznego. Nie wystarcza mu już prowadzenie opasłych ksiąg, w których spisuje złe i dobre dzieci. Wyczekiwanie na dachu z lornetką na mieszkające w okolicy pociechy nie satysfakcjonuje go już tak jak kiedyś. Obserwowanie ich zachowań, podsumowywanie uczynków. Dodam, iż nie ma w tych scenach żadnego podtekstu, Harry, pomimo trawiącej go obsesji nie jest zboczeńcem, co więcej, umie być uroczy i sympatyczny, a w swych wyrokach sprawiedliwy. Jednak praca Mikołaja to nie tylko obserwacja, ale przede wszystkim działanie. A co skłania Stadlinga do działania? Z pewnością nie widmo ogona komety przecinającej bożonarodzeniowe niebo tysiące lat temu. Głównemu bohaterowi się po prostu "przelewa". Nie złapał za siekierę bez powodu i nie zaczaił się na bandę podpitych nastolatków, jak to bywa w dziesiątkach horrorów. W "Makabrycznych świętach" od początku widzimy jak rodzi się obłęd, co jest jego źródłem, co go napędza, a co prowokuje. Koledzy w pracy mają go za frajera, a przełożonych nie interesuje los biednych dzieci, tylko zyski. Światu brak prawdziwego Świętego i Harry to rozumie. Pora, więc by i świat to pojął. Dlatego też Stadling chwyta za maszynę i szyje kostium, maluje sanie na swym aucie oraz przymierza brodę przed lustrem. Krótko mówiąc przygotowuje się do wyjścia na miasto. Niesamowite jak wiele wspólnego ma w tym momencie z Travisem Bickle, którego mistrzowsko odtwarzał De Niro w "Taksówkarzu" czy też Robertem Ginty w "Exterminatorze". Nie mam tu na myśli zemsty, przysłowiowego "uprzątania śmieci", ale same przygotowania, które tłoczą do utworu Jacksona niesamowity nastrój, którym doskonale operuje do samego końca, czyniąc z ewentualnych scen gore jedynie skromny dodatek.
Oczywiście można całą tę sytuację przyrównywać do czystego kina grozy. Obsesja Harry’ego to jak chorobliwa fascynacja ogniem bohatera "Don’t Go in the House", a szycie mikołajkowego uniformu przywodzi na myśl haftowanie maski z ludzkiej skóry przez Leatherface’a w trzeciej części "Teksańskiej". Przykłady te charakteryzują się jednak zbytnią dosłownością, natomiast "Makabryczne święta" pozostawiają wiele miejsca wyobraźni, co zawdzięczają w szczególności legendzie Świętego Mikołaja i mitom, jakie wokół tej postaci przez lata narosły. Dlatego podróż, w jaką wyrusza Harry ma w sobie coś magicznego, niesamowitego i groteskowego zarazem, biorąc pod uwagę fakt jak nieludzkie niespodzianki przygotował bohater filmu dla "niegrzecznych". Dodać należy, iż mimo wstępnego planu jest niezorganizowany, co w krytycznym momencie zaowocowało brutalnym mordem na oczach wielu świadków. Wędrówka po mieście jest przez to bardziej fascynująca i nieprzewidywalna, a gdy nawet akcja przystyga, nuda nam nie groźna, gdyż Brandon Maggart tak kapitalnie wcielił się w główną rolę, iż nie sposób oderwać oczu. Partneruje mu znany z wielu horrorów Jeffrey DeMunn ("Autostopowicz"), a w epizodzie pojawia się Patricia Richardson, znana z serialu "Home Improvement". Całość wspaniale oddaje nastrój świąt, głównie dzięki rewelacyjnym zdjęciom argentyńskiego operatora, Ricardo Aranovicha.
"Christmas Evil" znane również pod tytułem "You Better Watch Out", obok "Black Christmas" i "Sileni Night, Deadly Night" jest moim zdaniem jedną z lepszych pozycji spod znaku świątecznego terroru. A wystawiając jej wysoką ocenę, mam nadzieję spełniam dobry uczynek i nie znajdę najbliższej Gwiazdki misia z tasakiem w plecach pod choinką. Zatem – "Merry Christmas to all, and to all a good night".