Recenzja horroru

Horror Black Kiss

Black Kiss

Tytuł oryginalny:

Shinkuronishiti

Reżyseria:

Macoto Tezuka

Scenariusz:

Macoto Tezuka

Obsada:

Masanobu Ando, Reika Hashimoto, Kaori Kawamura

Kraj:

Japnia

Rok produkcji:

2004

Czas trwania:

133 minuty

Horror Shinkuronishiti - zdjęcie 1Horror Shinkuronishiti - zdjęcie 2Horror Shinkuronishiti - zdjęcie 3Horror Shinkuronishiti - zdjęcie 4Horror Shinkuronishiti - zdjęcie 5Horror Shinkuronishiti - zdjęcie 6

Ponoć trudno jest być prorokiem we własnym kraju. Patrząc na Włochy i postaci takie jak Mario Bava czy Dario Argento coś jest na rzeczy. Szczególnie w przypadku tego pierwszego – ojciec włoskiego horroru, niesamowity reżyser z oryginalną wrażliwością estetyczną jest na Półwyspie Apenińskim niemal nieznany. Z Argento jest pewnie niewiele lepiej. Ale giallo zyskało sobie wielu fanów poza krajem pochodzenia i w trzy dekady po śmierci gatunku nadal powstają filmy inspirowane kanonami wytyczonymi przez dwóch Włochów. Nawet w tak wydawałoby się odległych i nieoczywistych miejscach jak Japonia, giallo zdobyło uznanie i naśladowców. "Black Kiss" jest czasami reklamowany jako film najbliższy tej stylistyce, jak to tylko możliwe w przypadku produkcji z Kraju Kwitnącej Wiśni. Ale inspiracji dla swojego dzieła Macoto Tezka szukał również u Hitchcocka, Lyncha, kinie gatunków i w kilku innych miejscach.

Asuka jest początkującą modelką, która przyjechała do Tokio w nadziei na karierę nie tylko na wybiegu, ale może również w telewizji lub kinie. Chwilowo jednak ma większy problem, gdyż nie ma gdzie się podziać. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności poznaje Kasumi – ekscentryczną byłą modelkę, która chwilowo pozwala jej zamieszkać w swoim apartamencie w dzielnicy Shinjuku . Między kobietami powoli nawiązuje się nić porozumienia i rodzi przyjaźń. Ale rzeczywistość dokoła jest brutalna i niepokojąca. Oto Asuka jest świadkiem okrutnego morderstwa, które popełniono w hotelu naprzeciwko bloku, w którym mieszkają bohaterki. Z rysopisu podanego przez młodą dziewczynę wynika, że sprawczynią jest była współlokatorka Kasumi. Policja wszczyna bezowocne śledztwo, które nie jest w stanie zatrzymać rosnącej liczby ofiar. A Kasumi wydaje się kluczem do tajemnicy.

Oglądając "Shinkuronishiti" przez moją głowę przebiegało sporo myśli, ale jedną z ważniejszych było – oby tylko reżyser nie zawiódł w końcówce. Film wprowadza kilka intrygujących wątków, pojawiają się tajemnicze elementy, które zdają się być znaczące, napięcie rośnie wraz z zapętlaniem się intrygi. Obawiałem się finału, który zaoferuje jakieś wymyślone w naprędce rozwiązanie, byle tylko zakończyć film. I niestety nie pomyliłem się. Żeby spiąć klamrą tak bogatą liczbę odniesień, symboli i zagadek trzeba by naprawdę świetnego scenarzysty. A tak, niestety, gdy zaczynają się napisy końcowe mina widza rzednie i na twarzy pojawia się wyraz pewnego rozczarowania. Bo też Macoto Tezuka chciał w tym filmie zawrzeć zbyt wiele.

Po pierwsze widać tu hołd złożony Bavie, Argento, Hitchcockowi. Scena pierwszego morderstwa mogłaby wyjść spod ręki twórcy "Deep Red", gdyby przedtem spędził kilka seansów z kinem Miike Takashi i Hino Hideshi;-). Zabójczyni w czarnych lateksowych rękawiczkach rozwija pokrowiec, w którym trzyma różnorakie narzędzia służące do zadawania bólu – kamera wolno prześlizguje się kolejnych ostrych przedmiotach, próbując wywołać wrażenie bliskości obcowania z okrucieństwem. A kiedy skalpel idzie w ruch twórca "Guinea Pig" byłby dumny! Krew wypływa z rany, a nie z narzędzia chirurgicznego, przez co autopsja żywego człowieka wygląda dość realistycznie. Zresztą od strony wizualnej film prezentuje się rewelacyjnie. Tu właśnie widziałbym nawiązania do Bavy i Lyncha. Być może niebagatelny wpływ na reżyserską wizję miał fakt, że Macoto jest synem Tezuka Osamu – ojca i boga japońskiej animacji. Sam również zajmuje się anime, więc nie dziwią precyzyjnie komponowane sceny, kadry, ujęcia, przepiękna kolorystyka, która pozwala smakować film, nawet jeżeli fabuła gmatwa się stopniu uniemożliwiającym jej zrozumienie.

Po drugie "Black Kiss" to krytyka współczesnej Japonii. Obie główne bohaterki ją pół-Japonkami i jako takie są traktowane gorzej od pełnokrwistych potomków Tokugawy. Przynajmniej tak wynika ze słów Kasumi - "Japonia to tylko chciwość i zero ideałów", a osoby takie jak Asuka zostaną szybko przemielone przez tryby maszyny showbiznesu. Z ekranu pada dużo patetycznie i pusto brzmiących słów, jak choćby te o ciemnościach skrywających brzydotę miasta. Ale to jeden z wątków, który nie doczeka się pełnego rozwinięcia.

Po trzecie – czegóż tu nie ma? Zagadka zamkniętego pokoju rodem z Conan Doyle'a; voodoo i zombie; giallo i polizotto; dramat i posmak kina noir; numerologia i artystycznie aranżowane zgony – po prostu groch z kapustą. Reżyser mnoży kolejne tropy, wprowadza różne symboliczne przedmioty, czerpie pełnymi garściami z czego tylko może, jakby na siłę chciał uatrakcyjnić swoje dzieło. Nie mam nic przeciwko łamaniu czystości gatunkowej – dynamika związku Asuki i Kasumi ciekawie wygląda na tle makabrycznych śmierci osób wokół nich. Sercowe perypetie zastępów mężczyzn wzdychających do jednej lub drugiej bohaterki, moim zdaniem zupełnie współgrają z ożywianiem trupów. Bezwzględnie racjonalny moderca, którego największą bronią jest kreowanie strachu, może współistnieć w świecie, gdzie liczba 9 ma tak wielkie znacznie. Pytanie tylko – co z tego wynika? Ano niewiele. Tezuka tylko stwarza pozory, że nakręcił kryminał – bo logika działania bohaterów i mordercy nie ma wiele wspólnego z opowieścią detektywistyczną (czym paradoksalnie zbliża się do giallo, gdzie rozwój akcji często prowadzony jest na zasadzie luźnych skojarzeń). Bardziej zajmuje go umieszczanie w fabule kolejnych powierzchownych odniesień do Hitchcocka – klub Vertigo, Hotel Bat's. Również kwestia numerologiczna nie zostaje nigdy wyjaśniona, mimo że reżyser daje jasno do zrozumienia widzowi, że wspomniana cyfra 9 ma spore znaczenie dla fabuły. Mówi o tym Kasumi, cyfra na ekranie pojawia się w stylizowanych czcionkach, a takie sceny punktowane są muzyką.

Mimo wszystkich tych zarzutów muszę otwarcie powiedzieć, że podczas dwóch seansów "Black Kiss" bawiłem się znakomicie. Opowiadana historia może nie należy do najbardziej spójnych i przekonujących (chociaż rozwiązanie zagadki zadanej przez policyjnego psychologa, a poniekąd całego filmu, jest trawestacją słynnej metody Sherlocka Holmesa – o odrzucaniu wyjaśnień niemożliwych i prawdopodobieństwie), ale pewne rozczarowanie pojawia się dopiero w końcówce filmu, kiedy reżyser nie jest stanie zapewnić zwieńczenia historii godnego wszystkich wprowadzonych tropów (co przywołuje na myśl podobny przypadek w japońskiej kinematografii - "Suicide Circle"). Kolejne morderstwa są jednocześnie krwawe i niezmiernie malownicze, niczym małe dzieła sztuki (to dopiero są kwiaty z ciała i krwii). Do tego ładna aktorka w głównej roli i japońskie panki gdzieś w tle – czego chcieć więcej? OK, uproszczenia fabuły i większej zwięzłości. Ale mi to akurat nie przeszkadzało.

Nie nazwałbym "Shinkuronishiti" japońską wersją giallo. To zbyt wielki konglomerat gatunkowy, wielki miszmasz odniesień, by jednoznacznie go zakwalifikować. Jednocześnie Tezuka Macoto stworzył film ciekawy, wciągający i mimo wszystko niebanalny – jeśli tylko przyjmie się punkt widzenia reżysera – styl ponad treścią. Ale fanów Argento czy Bavy, którzy sięgną po "Black Kiss" nie powinno być to najmniejszym problemem. I dla mnie osobiście wielkim plusem obrazu Japończyka jest, że widza nie straszy tu żadne długowłose babsko wypełzłe z lodówki, tapczanu czy konserwy.

Ocena: 4+/6

Autor: grzEGOrz