Recenzja horroru

Horror Black Angel

Black Angel

Tytuł oryginalny:

Angel negro

Reżyseria:

Jorge Olguín

Scenariusz:

Jorge Olguín

Obsada:

Álvaro Morales, Andrea Freund, Blanca Lewin, Arturo Ruiz Tagle

Kraj:

Chile

Rok produkcji:

2000

Czas trwania:

Horror Angel negro - zdjęcie 1Horror Angel negro - zdjęcie 2Horror Angel negro - zdjęcie 3Horror Angel negro - zdjęcie 4Horror Angel negro - zdjęcie 5Horror Angel negro - zdjęcie 6

Rozwój internetu znacznie ułatwił wycieczki (legalne i nielegalne) po kinematografii światowej w poszukiwaniu grozy, która jest w stanie dać zastrzyk adrenaliny lub powiew oryginalności. Nie ma sensu rozwodzić się o tym jak bardzo rdzeń tego, co nas straszy, jest wspólny niezależnie od szerokości geograficznej (zapisano o tym już tony papieru). Ani o tym jak kino amerykańskie zdefiniowało gatunek horroru (tu również trudno o jakąś nowatorską myśl). Tak więc, nie zagłębiając się w to, czy światowa sieć czyni człowieka głupszym przez kreowanie szumu informacyjnego, należy cieszyć się tym, że przekopując jej zasoby często można się natknąć na informacje o filmie, który zaintryguje choćby tylko krajem pochodzenia. Tym razem padło na Chile.

Grupa przyjaciół postanawia uczcić koniec liceum huczną imprezą. Po balu absolwenckim udają się na przejażdżkę samochodem w ustronne miejsce. Alkohol, tłumione namiętności, buzujące hormony i zwykła ludzka podłość doprowadzają do tragedii – jedna z dziewczyn, Angel, ginie. Akcja przenosi się dziesięc lat do przodu. Na stół sekcyjny w instytucie medycyny sądowej w Santiago, gdzie jako patolog pracuje Gabriel, zaczynają trafiać ciała znajomych mu osób. W zbyt krótkich odstępach czasu, by można to było uznać za przypadek i nieszczęśliwy zbieg okoliczności. A tym co może łączyć kolejne zgony jest fakt, że są to uczestnicy feralnej zabawy sprzed lat. Choć brzmi to jak opowieść szaleńca, wygląda na to, że Angel wróciła zza grobu i mści się za doznane krzywdy.

Nie przypominam sobie, żebym wcześniej widział jakikolwiek horror porodukcji chilijskiej, z tym większym zainteresowaniem zasiadłem do seansu z pełnometrażowym debiutem Jorge Olguína. Dodatkową zachętą były nieliczne recenzje w sieci, które opisywały "Angel Negro" jako mieszankę slashera i giallo. Jeśli wierzyć Wikipedii jest to studencki film reżysera, zrealizowany za około 25.000 dolarów. Ostrożnie podchodzę do kina niskobużetowego, bo ilość nieoglądalnych gniotów jest w tych rejonach zastraszająca, ale choć nie bardzo dobry, to film Olguína jest całkiem sensownym pomysłem na spędzenie półtorej godziny.

Zdecydowanym minusem jest na pewno gra aktorska – to co wyprawia Álvaro Morales grający postać Gabriela jest naprawdę trudne do zniesienia, nawet jak na standardy kina niezależnego i niskobudżetowego. Mam wrażenie, że te powłóczyste spojrzenia, znaczące miny, które w założeniu mają pokazywać emocje bohatera, to nieświadomy, acz boleśnie widoczny efekt wpływu południowoamerykańskich telenowel. Oglądając scenę w restauracji można "Angel Negro" pomylić z jakimś brazylijskim (choć w tym wypadku pewnie odpowiedniejszym będzie chilijski, ale ja się na tym gatunku rozrywki telewizyjnej zbytnio nie wyznaję) tasiemcem w wersji low budget. Inni aktorzy, jak Arturo Ruiz Tagle (detektyw Ruiz) czy Andrea Freund (Carolina) również nie błyszczą. Katastrofalnego efektu dopełnia straszliwa muzyka, która dobywa się z głośników. Dodatkowo napięcia w filmie raczej nie uświadczymy, a akcja toczy się dość powoli.

Mimo to film Olguína najzupełniej daje się oglądać. Nawet mimo klisz fabularnych znanych z tysięcznych produkcji. Zresztą, że te klisze są tylko tłem, a nie głównym motorem akcji. Reżyser nie skupia się na tym jak Gabriel zakochał się w Angel, która początkowo była tylko stawką w zakładzie uczniowskim. Opowiada o czymś zupełnie innym - o konsekwencjach. Zresztą Chilijczyk wyraźnie mówił w wywiadach, że jego obraz miał być dodatkowo metaforą o politycznym podtekście. Postać Angel i jej zniknięcie jest nawiązaniem do czasów w ojczyźnie twórcy "Angel Negro", które u co bardziej szurniętych prawicowców wywołują erekcję i pobredzanie o ratowaniu świata przed komunizmem. Czy ktoś taką teorię akceptuje to zupełnie odrębna sprawa. Ale nie trzeba doszukiwać się metaznaczeń żeby czerpać przyjemność z seansu. Morderstwa są brutalne, a zakończenie nadaje filmowi posmak giallo.

Jedną z zalet kina niezależnego jest fakt, że pozwala na bawienie się materią filmową, kontekstualizowanie treści, odciskanie reżyserskiego piętna (dla przykładu wystarczy porównać Sama Raimi’ego z okresu "Evil Dead" i "Spidermana"). Niski budżet i brak nacisków producenckich pozwala być autorem w skali mikro (o ile oczywiście dany reżyser ma ku temu predyspozycje). Oglądając "Angel Negro" widać, że Olguín miał ambicje nakręcić poważniejszy obraz. Tę wizję twórczą widać na różnych poziomach. Przede wszystkim rzuca się w oczy posępny obraz świata. Chile w filmie to wielkie miasto, które odpycha swoim wyglądem. Wszędzie słychać brzęczenie much, smród zgnilizny jest niemal wyczuwalny. Atmosfera rozkładu jest potęgowana przez zdjęcia z miejsca pracy Gabriela. Nagie ciała rzucane na stół sekcyjny, traktowane w chłodny i profesjonalny sposób, bez żadnej dbałości o godność zmarłego – w końcu to tylko martwa tkanka, która już nic nie czuje. Te sceny z, wydaje się, prawdziwej kostnicy naprawdę odpychają. Wszystkie wymienione elementy składają się na nieprzyjemny obraz, któremu daleko do horrorów dla popkornożerców zaludniających mutipleksy na seansach kolejnych przeróbek klasycznych slasherów.

Ponieważ lubię oglądać filmy z najróżniejszych zakątków świata, "Angel Negro" zaciekawił mnie miejscem produkcji. Pytanie, czy jest na tyle dobry, żeby sięgnąć po kolejne dzieło reżysera – wampiryczny horror "Sangre Eterna"? Moim zdaniem tak, Olguín ma ciekawe pomysły i potrafi zainteresować widza, więc jego interpretację wampirycznego mitu obejrzę, jak tylko wpadnie mi w ręce.

Ocena: 3+/6

Autor: grzEGOrz