Recenzja horroru

Horror Behind the Mask: The Rise of Leslie Vernon

Behind the Mask: The Rise of Leslie Vernon

Tytuł oryginalny:

Behind the Mask: The Rise of Leslie Vernon

Reżyseria:

Scott Glosserman

Scenariusz:

Scott Glosserman, David J. Stieve

Obsada:

Nathan Baesel, Angela Goethals, Robert Englund, Kate Lang Johnson

Kraj:

USA

Rok produkcji:

2006

Czas trwania:

92 minuty

Horror Behind the Mask: The Rise of Leslie Vernon - zdjęcie 1Horror Behind the Mask: The Rise of Leslie Vernon - zdjęcie 2Horror Behind the Mask: The Rise of Leslie Vernon - zdjęcie 3Horror Behind the Mask: The Rise of Leslie Vernon - zdjęcie 4Horror Behind the Mask: The Rise of Leslie Vernon - zdjęcie 5Horror Behind the Mask: The Rise of Leslie Vernon - zdjęcie 6

Ech, kultura masowa... Wystarczy że pojawi się jakieś nowatorskie, oryginalne lub po prostu znakomicie wykonane dzieło sztuki (względnie nie charakteryzujące się żadną z tych cech, ale zdobywające masową popularność), za chwilę nie można się opędzić od marnych imitacji, kiepskich kopii, bezczelnych podróbek i nieudanych wariacji na temat. Za przykład może posłużyć "The Da Vinci Code" czy Harry Potter w świecie książek. Fani horroru wzdrygają się na samą myśl o kolejnych przeróbkach azjatyckich hitów i nowych wersjach klasycznych tytułów - światek filmowej grozy wydaje się być szczególnie podatny na przytoczone praktyki. Z racji wieku nie załapałem się na żadną modę w horrorze, o których można przeczytać w zachodnich pozycjach poświęconych gatunkowi. Pierwszym takim trendem, który dotknął mnie osobiście była mania wywołana "Scream" Cravena – czyli wskrzeszenie gnijącego trupa nurtu pogrzebanego pod koniec lat ‘80. Inteligentna i przewrotna fabuła autorstwa cudownego dziecka horroru, Kevina Williamsona, wywołała prawdziwą biegunkę naśladownictw. Scenariusz "Krzyku" był taką perełką, że wielu zastanawiało się, czy w tym konkretnym gatunku zostało jeszcze cokolwiek ciekawego do powiedzenia, nie wspominając już o oryginalności. Otóż okazuje się, że całkiem sporo. 'Behind the Mask: The Rise of Leslie Vernon' to najlepszy slasher od czasów "Scream" i do tego inteligentniejszy.

Ekipa telewizyjna pod wodzą ambitnej Taylor przyjeżdża do Glen Echo, aby nakręcić reportaż o seryjnym mordercy. Tylko, że ten morderca jeszcze nikogo nie zabił, a dopiero się do zbrodni przygotowuje. Leslie Vernon, bo o nim mowa, wprowadza dziennikarkę w tajniki fachu, którym parały się takie sławy jak Jason Voorhees, Frederick Krueger czy Michael Myers. Krok po kroku wyjaśnia w jaki sposób buduje swoją legendę, jak wybiera ofiary, jak dba o kondycję fizyczną i po co właściwie to robi. Filmowcy uwieczniają wszystko na taśmie filmowej, jakby nie do końca wierząc w realność zamierzeń Vernona. A jednak, nadchodzi TA noc i z ręki ucharakteryzowanego mordercy giną pierwsze ofiary. Wtedy stają przed odwiecznym dylematem dokumentalisty - na ile może on ingerować w opisywaną przez siebie rzeczywistość? Czasu do namysłu jest niewiele, w oddali słychać już złowróżbny świst sierpa...

Świadomość klisz gatunkowych w slasherze nie jest żadnym osiągnięciem. A już po Williamsonie to wiedza wprost banalna i nader często używana z finezją rolniczego cepa. Glosserman i scenarzysta David J. Stieve sięgnęli więc trochę głębiej - do teoretyków gatunku, a przynajmniej do bardziej popularnych odczytań ich analiz (ach, ten postmodernizm!). Historia Leslie Vernona wzięła się z prostej obserwacji - "przecież nie zawsze jest piątek trzynastego; co taki Jason robi we wtorkowe popołudnie?". Ten zgrabny pomysł wyjściowy - osadzenie akcji pseudo dokumentu w świecie, gdzie postaci Chucky'ego, Leatherface czy Jasona są jak najbardziej realne, reżyser wzbogacił o wiele elementów, które świadczą o jego miłości do subgatunku. Opowiedziany w formie reportażu film dekonstruuje więc schematy fabularne, przedstawia logistykę zabójstwa a la Jason, przedstawia freudowskie interpretacje określonych elementów ikonografii czy dyskutuje pojęcie "czerwonego śledzia". Arcyzabawne są momenty, kiedy np. widzimy Leslie'go okładającego worek bokserski i tłumaczącego, że musi być w znakomitej formie, bo konwencja od niego wymaga, żeby szedł, nie biegł za uciekającymi nastolatkami, a mimo to pozostawał wciąż za nimi i nie miał śladów zadyszki. Albo kiedy on i Taylor dyskutują różnice w podejściu do nastolatków : "- wybór określonej grupy docelowej", "- chodzi ci o ofiary?"; "-nota bene vs notabene" (w moim tragicznym przekładzie;-). Ze skrzyżowania dwóch konwencji - slashera i mockumentary (Stieve wścieka się na porównywanie swojego pomysłu do 'Man Bites Dog', choć przywołanie go tutaj jest jak najbardziej na miejscu) otrzymujemy dzieło działające na kilku poziomach fikcji, które sprawdza się wybornie na każdym z nich. Reżyser znakomicie czuje gatunek, co widać na przykład w scenie w bibliotece, gdzie, choć jest to tylko narracja Vernona, można zaniepokoić się o los bohaterki. Scenariusz jest dopracowany i oferuje widzowi kilka przyjemnych niespodzianek i zwrotów akcji, a całość ładnie się fabularnie domyka.

Jedną z cech slashera, o których Glosserman nie wspomina w swoim filmie jest przeważnie fatalny poziom gry aktorskiej całej obsady. 'Behind the Mask' pozytywnie wyróżnia się na tym tle - Vernon w interpretacji Nathana Baesela to przekonujący, racjonalny osobnik, który opowiada o swoim fachu w kategoriach powołania. Robi to tak, że widz jest w stanie mu uwierzyć. Scena, w której Leslie płacze ze wzruszenia, bo oto właśnie ma się spełnić jego marzenie, znakomicie podkreśla ludzki wymiar postaci. Taka opętańcza logika, która napędza jego charakter, nie jest wcale rzadka w realnym świecie. Angela Goethals jest równie świetna, jako tęskniąca do profesjonalnej kariery dziennikarka. Prawdopodobnie pochodzi z małego miasteczka, a ten materiał jest jej szansą na zaistnienie w mediach. Dlatego przez długi czas nie przyjmuje do wiadomości moralnego wydźwięku tego co robi. Ta dwójka, widoczna na ekranie przez większość czasu sprawia, że pozostali aktorzy stają się niemal niewidoczni. Napięcie między głównymi bohaterami usuwa w cień nawet pojawienie się w kadrze samego Roberta Englunda (który ostatnio lubi sobie od czasu do czasu zażartować z własnej legendy). Dla uważnych do wytropienia jest natomiast cameo Kane Hoddera.

Film jest autentycznie zabawny i wciągający. Dialogi skrzą się niewymuszonym humorem (prawdziwa gratka w dzisiejszych czasach), fani starych slasherów odnajdą tu również nawiązania do kilku kultowych tytułów i porozumiewawczych mrugnięć okiem do widza. Jedyne na co można narzekać to niewiele efektów gore, którymi przecież gatunek stoi. Krwi jest niewiele i wygląda bardzo sztucznie. Cóż, nie można mieć wszystkiego. Mimo to, 'Behind the Mask' to rozrywka na najwyższym poziomie i najlepszy slasher od czasów 'Scream'. Każdy widz odnajdzie tu coś innego i choć poziom zadowolenia z projekcji zależeć będzie od wiedzy oglądającego, to nawet kompletny laik będzie się dobrze bawił, bo debiut Glossermana to świetna zabawa dla każdego. To po prostu dobry film.

Ocena: 5+/6

Autor: grzEGOrz