Recenzja horroru

Horror Baron Blood

Baron Blood

Tytuł oryginalny:

Gli Orrori del Castello di Norimberga

Reżyseria:

Mario Bava

Scenariusz:

Vincent Fotre

Obsada:

Joseph Cotten, Elke Sommer, Antonio Cantafora, Massimo Girotti, Rada Rassimov

Kraj:

Włochy

Rok produkcji:

1972

Czas trwania:

97 minut

Po przesyconym czarnym humorem, krwawym i szokującym giallo "A Bay of Blood", Mario Bava powrócił do gotyckiego kina grozy realizując "Baron Blood". Dysponował wówczas znacznie większym budżetem na potrzeby powstania filmu, do jego dyspozycji pozostawał również przepiękny austriacki zamek. Pozwoliło to Bavie wyrazić się artystycznie. I choć akcja "Gli Orrori del Castello di Norimberga" toczy się w latach 70-tych XX wieku czyli w niedalekiej przeszłości, to lokacja (stare zamczysko w Austrii) przyobleka film w cudowny klimat charakterystyczny dla horrorów z angielskiej wytwórni Hammer czy nastrojowych produkcji Universalu.

Przystojny absolwent collegu Peter Kleist (Antonio Cantafora) przybywa z USA do Austrii, aby odwiedzić miejsce zamieszkania swoich przodków. Wraz z wujkiem, profesorem Karlem Hummelem (Massimo Girotti) odwiedzają zamczysko onegdaj należące do rodziny Petera, a obecnie poddawane renowacji. 300 lat temu zamek stanowił twierdzę Otto von Kleista, któremu miejscowi nadali straszliwe miano Barona Krwi. Jego mordercze rządy tak silnie dawały się we znaki lokalnej populacji, że w końcu nastąpił szturm na siedzibę von Kleista, Baron został pojmany, poddany torturom i pogrzebany żywcem. Peter zafascynowany jest w szczególności przekleństwem rzuconym na Otto von Kleista przez pewną wiedźmę, zanim spłonęła na stosie. W jego posiadaniu znajduje się inkantacja, której treść wypowiedziana głośno przywróci do życia Barona. Po zmroku Peter wspólnie z uroczą studentką architektury Evą (Elke Sommer) wygłasza zaklęcie i Otto von Kleist powraca zza grobu jako gnijący trup odziany w długi czarny płasz i kapelusz. Początkowo Eve wraz z Peterem nie zdają sobie sprawy, iż obudzili zło, ale gdy okolicę zamczyska nawiedza fala mordów, oboje zaczynają się domyślać, że grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony upiornego zmartwychwstańca. W tym samym czasie na zamku pojawia się kaleki milioner Alfred Becker (Joseph Cotten), który zamierza odrestaurować niesławną komorę tortur Barona Otto von Kleista...

Pierwsze, co rzuca się w oczy w trakcie projekcji "Baron Blood" to liczne odniesienia do wcześniejszych produkcji Mario Bavy (przywrócenie do życia wiedźmy w "Black Sunday", otoczona mgłami wioska z "Operazione Paura"). Nie mam wątpliwości, iż włoski reżyser był mistrzem, jeśli chodzi o wydobywanie grozy z takich miejsc jak stare zamczyska, naznaczone nieubłaganym upływem czasu krypty oraz spowite całunem nocy cmentarze. W zasadzie dorównać mu mógł jedynie Antonio Margheriti we wczesnym okresie swojej twórczości (vide "The Virgin of Nuremberg" z 1963 roku). "Baron Blood" to horror nasycony wspaniałą gotycką aurą niesamowitości, a do tego wydatnie przyczyniają się lokacje, w których biegnie akcja filmu (ponure zamczysko i jego mroczne korytarze, lochy, pomieszczenia tortur itd.) Zaiste parę scen przyprawia o szybsze bicie serca: pościg za Elke Sommer mglistymi uliczkami wioski położonej u podnóża twierdzy, poderżnięcie gardła skalpelem miejscowemu lekarzowi, odkrycie przez opiekuna zamku Fritza ciała wiszącego z poręczy schodów czy wreszcie młodziutka Nicoletta Elmi (mała dziewczynka wbijająca igły w jaszczurki w "Deep Red" Dario Argento) uciekająca przez las przed ożywionym trupem Otto von Kleista.

Niestety perfekcyjna gra kolorami, a co za tym idzie wizualny splendor to nie wszystko. Brak niespodzianek i raczej znikoma dawka suspensu, a także mielizny w fabule to najbardziej dostrzegalne, by nie rzec dokuczliwe mankamenty filmu. Również aktorstwo obsady jest nierówne – Joseph Cotten wypada mało przekonująco jako nabywca zamku Alfred Becker, a niemiecka piękność Elke Sommer (zagrała ponownie u Bavy w "Lisa and the Devil") poza wielokrotnym zdzieraniem gardła nie dostała szansy, aby się bardziej wykazać w swojej profesji. Tempo akcji jest raczej nieśpieszne, przez co film staje się momentami przegadany i nużący, ale generalnie rzecz biorąc ogląda się go z przyjemnością. Muzyka autorstwa Stelvio Cipriani’ego nie wyróżnia się specjalnie, ba, czasami wręcz irytuje, zwłaszcza otwierająca/zamykająca "Baron Blood" piosenka, która żywcem brzmi, jakby została przeniesiona z jakiejś włoskiej komedii erotycznej z lat siedemdziesiątych.

Pomimo paru drobnych niedociągnięć "Baron Blood" to dość udany powrót Mario Bavy do konwencji gotyckiego dreszczowca. Na pewno nie jest to mój ulubiony horror włoskiego mistrza (tutaj palma pierwszeństwa należy się bez wątpienia "Black Sunday", "Kill, Baby... Kill!", "A Bay of Blood" oraz "Blood and Black Lace"), niemniej jednak zwolennicy atmosferycznego kina grozy powinni ten film znać.

Ocena: 4/6

Autor: Embalmer