Recenzja horroru

Audrey Rose (Audrey Rose)
Tytuł oryginalny:
Audrey Rose
Reżyseria:
Robert Wise
Scenariusz:
Frank De Felitta
Obsada:
Marsha Mason, Anthony Hopkins, John Beck, Susan Swift, Norman Lloyd
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1977
Czas trwania:
109 min.






Obok "samoistnego spalenia", eksterioryzacji i channellingu, reinkarnacja to kolejna tajemnica trapiąca nasz gatunek od kilkudziesięciu lat. Zainteresowani tematem znają zapewne słynny przypadek Jenny Cockell, która wyraźnie pamiętała, iż była kobietą o imieniu Mary, matką ośmiorga dzieci, z którymi mieszkała w Malahide niedaleko Dublina w Irlandii. Jeśli tak to proponuję abyście poznali kolejny, mrożący odrobinę krew w żyłach, przypadek Ivy Templeton.
Templetonowie to podręcznikowy przykład idealnej amerykańskiej rodziny, wzór nad wzorami. Wiodą spokojny żywot w olbrzymim mieszkaniu na Manhattanie, a wolne chwile umilają im wspólne spacery po Central Parku. Jednak idyllę przerywa pojawienie się tajemniczego mężczyzny śledzącego każdy ich ruch, a dokładniej, każdy ruch Ivy, córki państwa Templetonów. Podejrzany osobnik, Elliot Hoover, zdobywa się nawet na to by zadzwonić do nich i wypytać w sprawie nieobecności pociechy w szkole, aż w końcu robi się na tyle zuchwały, że przysyła Ivy drobny prezent. Nie ma jednak złych zamiarów, interesuje go tylko dobro dziecka, pragnie je uchronić przed koszmarem jaki je czeka, przecież jak sam twierdzi, jest to też jego córka.
Nie zdradzę nic ponadto co napisałem wcześniej, pierwsze pół godziny filmu zostało tak sprytnie przemyślane przez scenarzystę, iż skupia się tylko na mnożeniu niedomówień, potęgowaniu nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności, wprawiając tym samym widza w podobne osłupienie co głównych bohaterów. Wiemy tyle samo co Templetonowie i tak samo jak oni nie możemy doczekać się wyjaśnienia zagadki, a gdy już to następuje nasze ogłupienie sięga zenitu. Dzieje się tak zapewne z dwóch powodów. Po pierwsze, wielu z nas przygotowanych było na bardziej niesamowite rozwiązanie zakładające ingerencję sił nieczystych. Po drugie, racjonalniejsze wytłumaczenie, jakie zgotował Frank De Felitta, jest trudniejsze do pojęcia gdyż wyklucza artystyczną wizję i sięga obszarów codzienności, przed którą nie uchroni nas zbawienny pancerz fikcji. Pozostaje się z nim zgodzić albo zatrzasnąć swój umysł przed wszystkim co wykracza poza ramy racjonalnego rozumowania i przyjąć postawę Billa Templetona. Dalej zaczyna się koszmar, nocne mory prześladują w snach bezbronną Ivy, doprowadzając do ataków szału, z których zdolny jest ją wyprowadzić jedynie tajemniczy mężczyzna, rewelacyjnie odtwarzany przez młodego Hopkinsa. Jednakże w pewnym momencie, dokładnie od procesu pomiędzy Templetonami, a człowiekiem przedstawiającym się jako Elliot Hoover, film z subtelnego horroru przemienia się w poważny dramat. Na szczęście nie wpływa to ujemnie na jego poziom, "Audrey Rose" zajmuje widza bez reszty i to przy fabule pozbawionej jakichkolwiek wątków pobocznych. Zawiedzeni mogą być jedynie ci, którzy spodziewali się z przerażenia poczuć serce w przełyku lub doznać antycznego katharsis, do jakiego przyzwyczaił niektórych Lucio Fulci. "Audrey Rose" to horror spokojny, nie narzucający się widzowi w jakikolwiek sposób, nie miażdży suspensem i nie wciska w fotel wiadrami posoki, liczy się tylko dramatyczna walka o życie Ivy. Wszystko to kończy jedna z najlepszych scen hipnozy jaką kiedykolwiek widziało kino.
Robert Wise, stary mistrz, który zapisał się na chwalebnych kartach historii horroru takimi klasykami jak "Nawiedzony" czy "Porywacz zwłok", swym obrazem "Audrey Rose" gwarantuje wrażenia godne swych wcześniejszych filmów.