Recenzja horroru

Horror Audition

Audition (Gra Wstępna)

Tytuł oryginalny:

Ôdishon

Reżyseria:

Takashi Miike

Scenariusz:

Daisuke Tengan Garny

Obsada:

Ryo Ishibashi, Eihi Shiina, Tetsu Sawaki, Jun Kunimura

Kraj:

Korea Południowa / Japonia

Rok produkcji:

2000

Czas trwania:

115 minut

"Audition" było punktem przełomowym w karierze Takashi Miike. Pokazane na festiwalu w Rotterdamie wzbudziło zachwyt widowni i krytyków, a nazwisko Japończyka wpisało się na stałe w panoramę światowego kina. Film doczekał się jako pierwsze dzieło reżysera kinowych seansów poza Japonią. Wszędzie gdzie się pojawiało "Audition" było przyjmowane jako powiew świeżości i bardzo sprawny horror. Ba! W Japonii podobno dzieło Miike wywołało ogólnonarodową dyskusję o tradycyjnym podziale ról społecznych. Po pięciu latach film pojawił się w polskich kinach. Rodzima krytyka przyjęła obraz bardzo dobrze, doszukując się wielu poziomów interpretacyjnych, a Andrzej Pitrus określił "Grę wstępną" (tłumacza powinno się swoją drogą potraktować tak jak jest to przedstawione w fabule) jako bodaj najważniejsze dzieło Miike (choć zastanawiam się, ile filmów Japończyka krakowski filmoznawca widział). Widownia była podzielona, od absolutnych zachwytów, po epitety w stylu "nudne gówno". Cóż, istnieje już powiedzenie "głupi jak komentarz z Onetu". Flagg próbuje pokazać w swojej recenzji, że Miike stworzył knota (oczywiście jego recenzja nijak się ma do wspominanych komentarzy internautów), a ja postaram się przekonać, że "Audition" to bardzo dobry kawałek filmowej grozy.

Historia z pozoru wydaje się prosta. Wdowiec Aoyama postanawia się ożenić po raz drugi. Jako że jest człowiekiem zabieganym i nieśmiałym, przystaje na pomysł kolegi, by zorganizować casting do filmu, który nigdy nie powstanie. Z kandydatek do głównej roli Aoyama ma wybrać swoją przyszłą żonę. Już podczas wstępnej selekcji nadesłanych cv, w oko wpada mu śliczna Asami. Załączony list motywacyjny tylko pogłębia zainteresowanie mężczyzny. Wkrótce po przesłuchaniu kandydatek, para zaczyna się spotykać. Wydaje się, że i młoda dziewczyna i starszawy producent filmowy odnaleźli swoje bratnie dusze. Jednak Asami skrywa mroczne tajemnice dotyczące własnej przeszłości. Kiedy pewnego dnia nieoczekiwanie znika, Aoyama w poszukiwaniu jej odbędzie prawdziwą podróż do piekła.

Współczesne kino japońskie w dużej mierze to konglomerat seksu i groteskowo przerysowanej przemocy (nie jest to oczywiście rzecz nowa, ale moim zdaniem nastąpiło nasilenie tendencji obecnych w tamtejszej kulturze, a co za tym idzie również i w kinematografii. Choć podkreślić trzeba, że jest to zdanie laika). Sam Miike przyzwyczaił japońskich widzów do brutalności i zdeprawowanego seksu ("Shinjuku Triad Society", "Fudoh: Next Generation", "Full Metal Gokudo"), choć znaczną część jego twórczości cechuje liryzm i poetyckość, a także nostalgia za beztroskim dzieciństwem. "Odishon" zaczyna się jak film przynależący do tej drugiej kategorii. Oto dostajemy opowieść o samotności i poszukiwaniu ciepła we współczesnym zatomizowanym świecie. Postaci są ciekawie zarysowane i daleko im do jednowymiarowej papierowości. Aoyama jest zagubiony w rzeczywistości, która go otacza, nie potrafi zdobyć się na odwagę, by bardziej aktywnie szukać życiowej partnerki. Wynika to stąd, że niewiele wie o kobietach, a te, które go otaczają są albo całkowicie aseksualne, albo puste i głupie. Pomysł zorganizowania castingu z jednej strony daje mu nadzieję, ale również napełnia obawami, dotyczącymi moralnie dwuznacznego charakteru przedsięwzięcia. Yoshikawa - przyjaciel producenta jest dla kontrastu cyniczny i pragmatyczny. Dla niego taki sposób szukania żony, to po prostu najprostsze wyjście w zaistniałej sytuacji. Jest jeszcze syn Aoyamy, który wydaje się być bardziej przebojowy i mądrzejszy życiowo, niż ojciec. No i wreszcie zjawiskowa Asami - kobieta tajemnicza, z mroczną przeszłością, która jednak również pragnie miłości, zaufania i troski. Miike przedstawia więc całą galerię postaci i daje wgląd w ich motywacje i psychikę. Nie chcę, broń boże, powiedzieć, że "Audition" to dramat psychologiczny na miarę Bergmana, ale też nie zapominajmy, że mamy do czynienia z opowieścią grozy i reżyserem, który nie aspiruje do bycia moralizatorem i twórcą psychologicznych dramatów. Dlatego też symbolika użyta w filmie jest prosta, nieskomplikowana (choć nie prostacka), rzekłbym typowa dla Miike.

W miarę rozwoju fabuły dla widza staje się coraz bardziej oczywiste, że Asami nie jest zwykłą dziewczyną, że jej przeszłość kryje makabryczne tajemnice. Jednak niemal do samego końca mamy do czynienia z romantyczną opowieścią, podszytą jedynie grozą. Poszukiwania utraconej kochanki, na które wyrusza Aoyama to zwrot w sposobie opowiadania historii. Zmienia się styl pracy kamery i wkraczamy na tereny mogące się kojarzyć z Lynchem - galeria dziwnych postaci i miejsc, które istnieją tuż obok nas, ale zupełnie nie zdajemy sobie sprawy z ich realności. Nie od rzeczy będzie tu wspomnienie również delikatnych nawiązań do Cronenberga - czy odcięty, podskakujący język nie kojarzy się z dokonaniami środkowego okresu twórczości Kanadyjczyka? Widać, że reżyser śledzi z uwagą to, co w kinie intrygujące i ciekawe.

Przyznam szczerze, że nie mam pewności czy film jest spójny i wytłumaczalny w racjonalny sposób. Przede wszystkim dlatego, że realność miesza się z fantazją, prawdziwe wspomnienia z fałszywymi, projekcje oszołomionego narkotykami mózgu z rzeczywistością. Miike stosuje wiele planów narracyjnych, kluczy i zwodzi widza, być może sam się w tym pogubił. Ale tworzy hipnotyczną wizję, która bardzo sugestywnie oddziałuje na widza. Nie ma pewności co do tego, co się dzieje na ekranie pod koniec filmu, ale efekt, jaki wywołuje ten kolaż dziwacznych obrazów, jest iście piorunujący. Im bliżej finału, tym bardziej zaczyna dominować agresywna i nastawiona na szok strategia reżyserska, która przychodzi na myśl, kiedy pada nazwisko Japończyka. Dokonuje się więc zwrot od liryzmu do przemocy. Osławiony finał, gdzie widzimy jedną z najbardziej nieprzyjemnych scen, które sfilmowano, to logiczna kulminacja ciągu wydarzeń. Można się zżymać, że sensu w tym wiele nie ma, ale nie sposób odmówić reżyserowi konsekwencji. Wspomniane już sceny tortur robią naprawdę niesamowite wrażenie i nie sposób szybko o nich zapomnieć. Szczególnie, że kontrastują radykalnie z pierwszą połową opowieści. Flagg w swoim tekście zarzuca Miike, że nie stosuje się do hitchcockowskiej zasady "na początku trzęsienie ziemi, a potem napięcie powinno wzrastać", ale gdzie i kiedy zostało powiedziane, że pomysł na kino angielskiego mistrza jest jedynym możliwym i słusznym? W moim odczuciu "Audition" przykładem naturalnej dla japońskiego reżysera strategii łamania konwencji gatunkowych i wywracania jej na nice. Owszem, nie jest to wielka rewolucyjność, bo mam wrażenie, że w kinie nie zostało już wiele nowatorskiego do powiedzenia (ach, to skrzywienie postmodernistyczne), ale też nie ma we współczesnym kinie wielu twórców, którzy tak bardzo wzięliby rozbrat z gatunkowością jednocześnie kręcąc filmy wciąż gatunkowe. "Odishon" to bardzo ciekawy horror, który może pobudzać do głębszych refleksji, czego przykładem jego różnorakie odczytania. Na poziomie samego widowiska dostajemy niezmiernie sprawnie opowiedzianą historię, która rozpada się na dwie połowy, z których każda rządzi się innymi prawami. Obie są opowiedziane ze swadą i polotem. Obyczajowy kawałek potrafi urzec wizją samotności i poruszyć czułą strunę w sercu widza. A krwawa łaźnia w finale usatysfakcjonuje zwolenników kinowej makabry. Flagg pisze, że starych wyjadaczy sceny finałowe nie ruszą. Nie wiem, czy jestem starym wyjadaczem, ale oglądając wyczyny Asami aż mnie skręcało. Miike zrezygnował z komiksowo przerysowanej przemocy, fontann krwi i postawił na realizm. Sposób użycia garoty wali widza między oczy i nie pozwala spokojnie siedzieć. Jeżeli flagg obejrzał ten fragment bez mrugnięcia okiem i skrzywienia, to czapki z głów i ja poproszę o listę filmów, z których można się uczyć uodparniania na filmową przemoc. Mam wrażenie, że wszyscy ci, którzy używali określeń "nudne gówno" w odniesieniu do tego filmu mieli po 13 lat, a edukację filmową skończyli na dziełach pokroju "Operation Swordfish" i "Mindhunters". Zaś tacy widzowie jak flagg widzieli zbyt wiele i ze zbyt wielkimi oczekiwaniami podeszli do obrazu Miike, który jest bardzo sprawnym rzemieślnikiem, przemyślnym kuglarzem, trochę dzieciakiem zafascynowanym filmowym medium, trochę anarchistycznym kpiarzem, ale na pewno nie apostołem nowej rewolucji w kinie, czy twórcą wiekopomnych dzieł. Znając właściwe proporcje na "Audition" można się naprawdę świetnie bawić, a przy okazji wynieść kilka przemyśleń z projekcji.

I jeszcze drobna uwaga na koniec - flagg pisze, że scena spotkania w kawiarni to bezsensowne zmiany planów i żmudna żonglerka w systemie ujęcie-przeciw ujęcie. Jednak wprawne oko zauważy pewną asymetrię w opisywanej scenie, która ma swoje wyjaśnienie w dalszej części filmu. Przyznam, że z początku jej nie zauważyłem, wyczytałem to w "Agitator: Cinema Of Takashi Miike" Toma Mes'a, ale jeśli już rozpatrujemy film na poziomie formalnym to warto bardziej zwrócić uwagę na szczegóły;-) Mi się "Audition" podobało, więc nie musiałem go rozkładać na czynniki pierwsze, drobiazgowo zwracać uwagi na zastosowane techniki narracyjne. Wydaje mi się, że po prostu mamy do czynienia z filmem, który się bardzo... podoba lub wprost przeciwnie, bez stanów pośrednich. Ot i cała tajemnica.

Ocena: 5/6

Autor: grzEGOrz

"Chciałem uzyskać rytm normalnego, nudnego filmu. W tym celu, by móc go w finale zmienić."

Takashi Miike zapytany o "Audition"


Kiedy kręci się tyle filmów rocznie, co Miike, trudno sprawować nad wszystkimi pełną kontrolę. Wydaje się, że czas spędzony na planie każdej produkcji musi reżyser ograniczyć do niezbędnego minimum, by móc jak najszybciej dotrzeć na zdjęcia następnej. Sprytny Miike opracował zatem metodę, dzięki której dziś uważany jest za nowego guru Azji, za nadzieję całego pokolenia zagorzałych miłośników gatunku. Pytanie: czym jest to sławetne "Miike touch", dotyk który uzdrowił szeregi fanów oddających hołdy kolejnym dokonaniom "mistrza"? Metoda ta okazuje się tak zdumiewająco, że aż wstydliwie prosta.

Recepta na film kultowy: 1) Przede wszystkim: zapomnij o zasadzie Hitchcocka: "najpierw trzęsienie ziemi, potem napięcie rośnie". Twoim credo niech będzie: "najpierw nic się nie dzieje, później nic się nie dzieje, po to by w finale wszyscy spadli z foteli!" 2) Konwencja filmu niech będzie bazowa i specjalnie o nią nie dbaj, skoro i tak wszystko w finale masz wywrócić do góry nogami. Jeśli obawiasz się, że widzowie popadną w stan długotrwałej katatonii i umysłowego paraliżu, cuć ich co jakiś czas absurdalnymi scenami, a uznają cię dodatkowo za twórcę oryginalnego i alternatywnego! 3) Z drugiego wynika trzecie: zapomnij o jakichkolwiek ambicjach formalnych. 4) Punkt najważniejszy: na potrzeby finału nakręć jakąś scenę trash, a widzowie będą już tak znudzeni, że na nagły zwrot zareagują okrzykiem: "Arcydzieło!".

W oparciu o te zasady powstało grono najsłynniejszych filmów Miikego: "Gozu", "Dead or Alive", "Full Metal Yakuza"… Ale i one stanowią tylko preludium do opus magnum, czyli do "Audition". Dzieło to powstało pod niezwykle rygorystycznym okiem Miikego, który dbał, by nie przekroczyć choćby o krok granic wytyczonych własnymi przykazaniami. Na potrzeby tego obrazu guru odważył się nawet zrezygnować z typowych dla siebie scen: laktacji kobiecej, kąpieli w guanie, łyżeczki w odbycie, nekro- i zoofilii, scen oddawania moczu i masowych rzezi. Aż żal szalonego Japończyka; czym teraz zapełni swój dwugodzinny film?

Scenariusz, na podstawie powieści Ryu Murakami, opowiada historię wdowca Aoyamy, który za radą syna zaczyna rozglądać się za drugą żoną. Kolega z pracy poddaje mu pomysł: zorganizować przesłuchanie do fikcyjnego filmu, podczas którego Aoyama upatrzy sobie przyszłą małżonkę. Nasz bohater skwapliwie przystaje na tę propozycję i szybko ulega urokowi jednej z kandydatek - pięknej, czarnowłosej Asami. Konwencja horroru jednak zobowiązuje - czujemy, że coś wisi w powietrzu. Niestety, zła prognoza - na grzmoty trzeba będzie jeszcze czekać bardzo, bardzo długo…

Ta konfrontacja zamkniętej w sobie Asami, w duszy której tkwi uśpiona femme fatale z sympatycznym, ale niezbyt rozgarniętym Aoyamą, przeciwieństwem klasycznego bad-guya, zapowiada się obiecująco. Niestety, nadzieje widza okazują się płonne. Miike nie rozwinie scenariuszowego konceptu Murakami ani o jotę. Gorzej, nie jest w stanie wprowadzić do swojego filmu rytmu i zbudować atmosfery, niezbędnej przy tego rodzaju produkcjach. Nawet się o to nie stara, zamiast tego zalewa swój film telenowelowo-kiczowatym sosem z intrygą kryminalną za dwa grosze w tle. Ledwo naszkicowane postacie, szereg zbędnych scen (od przed-czołówkowej począwszy), urwane wątki... Zdolności reżyserskie Miikego dosłownie przytłaczają...

Najbardziej mierzi jednak fakt, że "Audition" jest wyjałowiony z jakichkolwiek ambicji formalnych. Reżyser, wyraźnie nie mając żadnej artystycznej koncepcji, zdaje się w swoim filmie od początku do końca na przypadek i improwizację. "A postawimy sobie kamerę tu. A teraz tu… Tak dobrze. A może teraz z boku?". Przywołam scenę w barze, w której Aoyama spotyka się z Asami. Ujęcia i przeciw-ujęcia przeplatają się bez związku, zmiany ustawienia kamery i planów nie mają absolutnie żadnego znaczenia. Dla zawodowego filmowca takie podejście świadczy albo o skrajnym braku profesjonalizmu, albo o braku umiejętności. Na takim podejściu najbardziej ucierpiał widz, którego Miike katuje od początku niekończącymi się ujęciami; zamiast prowadzić gładko przez film, każe się przezeń przedzierać. A widownia cierpliwie wyczekuje końca seansu, bo przecież tam ma się dokonać "kinematograficzne zejście do piekła" – owiana niesławą scena trash, która nikogo nie pozostawi obojętnym.

Jednak rzekomo traumatyczny finał, po obejrzeniu którego ludzie wychodzą z sali, piejąc peany na cześć Miikego, nie wynagradza 105 poprzedzających minut kinematograficznego nihilizmu. Aspekt szokowy co najmniej wątpliwy, grozy szukać próżno, efekty gore dozowane z umiarem... "Terapia szokowa", "trudny w oglądaniu", "scena ekstremalna"? Aura kultu roztaczająca się nad końcówką "Audition" pozostaje dla mnie nadal niewyjaśnionym fenomenem...

Jak Miike tym wykazał, łatwo zachwycić widzów. Pod maską postmodernisty, łamiącego konwencje, tabu, granice kina, pod maską twórcy alternatywnego i szalonego łatwo jest niedbale i szybko kręcić kolejne dziełka. Nie trzeba dbać o scenariusz, zdjęcia i spójność całości. Wystarczy przeprowadzić widza przez bagno bylejakości, by w finale unurzać go w "kinematograficznym kale". Ta terapia szokowa (wątpliwej jakości), o wartościach jakoby katartycznych, stała się niebezpiecznym wzorcem dla kina pozorującego głębszy sens. Po filmach pornograficznych, kino gore stało się obecnie dla wielu twórców poletkiem, na którym mogą rozładowywać swoje artystowskie ambicje. Współczesna, "elitarna" krytyka określa ten trend mianem "nurtu nowej zmysłowości". W filmach owego nurtu pokazuje się na ekranie sceny kanibalistyczne, czy samookaleczenie, by spragniona mocnych wrażeń publika doszukiwała się w nich głębokiego sensu. "Audition" doskonale wpisuje się w tę modę. Miike działa jak sprawny manipulator, który prowadzi widza od początku do końca na sznurku, tak że ten przestaje dostrzegać za pomocą jakich środków jest manipulowany. I jak na hipokrytę przystało, uderza w odpowiednie tony (czytać: banały): "mężczyźni traktują kobiety jako obiekty czysto seksualne", "przemoc jako wyrażenie auto-ekspresji we współczesnym świecie, w którym zaciera się komunikacja międzyludzka", "rodzina stygmatem bolesnej przeszłości, od której nie sposób się uwolnić" itd. itd. … Pretensjonalność również ma swoje granice.

Ocena: 1/6

Autor: flagg

Horror Ôdishon - zdjęcie 1Horror Ôdishon - zdjęcie 2Horror Ôdishon - zdjęcie 3Horror Ôdishon - zdjęcie 4Horror Ôdishon - zdjęcie 5Horror Ôdishon - zdjęcie 6