Recenzja horroru

Horror Antichrist

Antichrist (Antychryst)

Tytuł oryginalny:

Antichrist

Reżyseria:

Lars von Trier

Scenariusz:

Lars von Trier

Obsada:

Charlotte Gainsbourg, Willem Dafoe

Kraj:

Dania, Niemcy, Francja, Szwecja, Włochy, Polska

Rok produkcji:

2009

Czas trwania:

104 minuty

Horror Antichrist - zdjęcie 1Horror Antichrist - zdjęcie 2Horror Antichrist - zdjęcie 3Horror Antichrist - zdjęcie 4Horror Antichrist - zdjęcie 5Horror Antichrist - zdjęcie 6

Praktycznie co roku podczas canneńskiego festiwalu prasa filmowa i krytycy donoszą o kolejnym szokującym filmie. Obrazie, który zawiera sceny tak mocne, transgresyjne, obrazoburcze, że publiczność mdleje, wymiotuje, oburzona wychodzi, gwiżdże i tak dalej. Nader często w relacjach z festiwalu czy już w konkretnych recenzjach pojawiają się szczegółowe opisy tego, co tak bardzo zaszokowało widzów. Celują w tym głównie przygłupiaści recenzenci z portali poświęconych horrorom, którzy nie umieją zabrać się do analizy filmu, potrafią jedynie wyliczyć wszystkie sceny gore w danym obrazie. Spojlerując ile wlezie rozbrajają w znacznym stopniu siłę oddziaływania dzieła. W przypadku "Antychrysta" winni są i mainstreamowi krytycy jak i specjaliści od horroru. Starałem się jak tylko mogłem omijać wszelkie newsy poświęcone nowemu filmowi Larsa von Triera, mimo to, niestety, wiedziałem mgliście czego mam się spodziewać i co wywołało w Cannes takie kontrowersje. Dla tych szczęśliwców, którzy o "Antychryście" nie wiedzą nic ponad to, że opowiada historię pary, która straciła dziecko w tragicznym wypadku, a tytułu jeszcze nie widzieli mam dobrą radę – najpierw obejrzyjcie film, potem wróćcie do tej recenzji, bo poniżej znajduje się cała masa spoilerów i próba analizy, które zwyczajnie popsują przyjemność płynącą z projekcji.

Lars von Trier w wywiadach przyznawał, że powstawanie "Antychrysta" to był czas, kiedy przechodził ciężką depresję. Nowe dzieło twórcy "Idiotów" to sposób Duńczyka na wyegzorcyzmowanie swoich prywatnych demonów, uporanie się z traumą i problemami psychicznymi. Horror to znakomite medium do radzenia sobie z własnymi negatywnymi emocjami, jak również do medytacji nad uwikłaniami ludzkiej egzystencji. Ten gatunek służył tak różnym twórcom jak Ingmar Bergman ("Persona", "Hour of the Wolf") z jednej, czy Nacho Cerda ("Aftermath", "Genesis") z drugiej do okiełznania prywatnych demonów. Trier, samozwańczy najwybitniejszy współczesny reżyser, również postanowił posłużyć się tym medium.

Dla porządku warto zrekonstruować fabułę "Antychrysta". Ona i On namiętnie kochają się i zapamiętali w miłosnym szale nie zauważają, że ich syn wydostał się z kojca. Niedopilnowane dziecko wypada z okna i ginie na miejscu. Ona popada w katatoniczny stan, w szpitalu znajduje się pod ścisła opieką lekarzy. On, z zawodu psychoterapeuta, postanawia poddać ją leczeniu według własnego pomysłu. Zabiera kobietę ze szpitala i we dwoje wyruszają do chaty (nazwanej Eden) w leśnej głuszy. Tam ma zamiar nauczyć swoją partnerkę radzenia sobie ze stratą i poczuciem winy. Ona mimo jego wysiłków pogrąża się w depresji coraz bardziej. Zaczyna postrzegać siebie jako istotę złą z natury. Dochodzi do drastycznego finału, kiedy to okalecza swego kochanka, a na koniec samą siebie, odcinając nożyczkami łechtaczkę. On zabija swoją partnerkę, kochankę i pacjentkę.

Ciekawym jest fakt, że Trier został oskarżony przez wielu o skrajną mizoginię. Wszak Ona w pewnym momencie dochodzi do wniosku, że wieki prześladowań kobiet – oskarżanie o czary, palenie na stosie, pogarda dla kobiecości, były w swej istocie słuszne, gdyż kobiety są natury swej złe. Bo sama natura jest zła, a to ona rządzi kobietą. A skoro w filmie mówi to kobieta, samooskarżając swoją płeć, to musi znaczyć, że film jest antykobiecy w swej wymowie! Prawda jakie to proste? Otóż wcale nie. Jeśli "Antychryst" potępia i wskazuje winnego, to jest nim mężczyzna. To On wbrew najbardziej podstawowym regułom psychoterapii postanawia leczyć osobę, z którą jest związany emocjonalnie. Sypia ze swą pacjentką, mimo że sam mówi, że jest to wbrew zasadom. Dodatkowo dochodzi tu jeszcze element męskiej rywalizacji – uzasadniając zabranie Jej ze szpitala, krytykuje prowadzącego kobietę lekarza jako niedoświadczonego. Nadto, mówi, że nikt nie zna jego pacjentki lepiej niż on sam. Jak pokazuje rozwój wydarzeń wcale jej nie znał, nie potrafił rozpoznać choćby kobiecego mówienia nie-wprost o uczuciach i potrzebach. Męski sposób radzenia sobie z negatywnymi emocjami poprzez przekształcenie ich w problem do rozwiązania zawodzi na całej linii. On jest w stanie funkcjonować w miarę normalnie, ale przecież w ostatecznym rozrachunku straszliwie się pomylił w ocenie swoich możliwości i ponosi klęskę. Męska duma i pycha, wiara w reguły i siłę własnego rozumu zostaje przykładnie ukarana. Choć początkowo wydawać się może, że mężczyzna zamknięty w świecie tabel, wykresów, systematyki i definicji panuje nad rozwojem sytuacji. Wszak bezbłędnie potrafi nazwać kolejne fazy żałoby, rozpoznać symptomy i przeciwdziałać negatywnym efektom fizycznym. Jednak jego kliniczne spojrzenie czyni go ślepym na istotę bólu matki, na jednostkowy wymiar jej doświadczenia. To co początkowo stanowić może jego złudną siłę, staje się przyczyną porażki.

Można próbować podważyć tę linię rozumowania wskazując na powtórzoną scenę z prologu – oto w trakcie aktu miłosnego Ona na chwilę otwiera oczy i widzi syna, który wdrapuje się na biurko w stronę okna. Jednak rozkosz bierze górę. Owa scena skonstruowana jest wedle prawideł gatunku, pod koniec fabuły następuje ukazanie pełnego obrazu sytuacji, który umożliwia rozwiązanie zagadki. Może więc wydawać się, że Ona ma rację oskarżając kobiety o immanentne zło. Wydaje się jednak, że jest to mylny trop. Ponieważ On złamał reguły psychoterapii, leczenie jakiemu poddaje kobietę odnosi skutek przeciwny do zamierzonego. Ona pogrąża się w psychozie - świadomość, myślenie i postrzeganie zostają zaburzone. Otwarcie oczu staje się fałszywym wspomnieniem. Jeszcze jednym ciężarem, który Ona musi udźwignąć. Próbując radzić sobie ze straszliwym bólem utraty dziecka, poddaje się męskiej wizji świata dochodzi do wniosku, że taka tragedia nie mogła stać się ot tak, po prostu. Ktoś musi być winny. Psychotyczny stan w którym się znajduje, podsuwa jej odpowiedź, wpychając kobietę w jeszcze większe poczucie winy. To prowadzi do jeszcze większej autoagresji – własnoręcznie wykonanej clitoridektomii.

Kino Triera wywołuje skrajne emocje, zgodnie zresztą z celami przyświecającymi Duńczykowi. Nazywany bywa manipulatorem, wręcz oszustem. Motywem przewodnim wielu jego dzieł jest poświęcenie kobiety dla mężczyzny. Tak jest i w przypadku "Antychrysta". Reżyser znany jest z eksperymentowania z filmowym medium – "Idioci" kręceni według założeń Dogmy95; "Dogville" ze scenografią narysowaną kredą na podłodze studia filmowego; "Szef wszystkich szefów", gdzie komputer decydował o szczegółach ujęcia. W swym najnowszym dziele reżyser wybrał formułę klasycznego dramatu z podziałem na wstęp, kolejne akty i epilog. Ten zabieg zdystansowania widza, podkreślenia umowności wydarzeń na ekranie (każda z części filmu oznaczona jest planszą z wypisanym kredą tytułem kolejnego epizodu) w niczym nie osłabia fizycznego, bardzo dojmującego odbioru filmu. Scena kiedy Ona próbuje popełnić samobójstwo (?) tłukąc głową o muszę sedesu, czy nawet wywołane histerią problemy z oddychaniem niosą ze sobą porażający realizm. Tak jakby Trier chciał wywołując u widza skrajne emocje pokazać przez co sam przechodził. Duża zasługa w tym świetnych kreacji aktorskich. Charlotte Gainsbourg jest bardzo wyrazista i prawdziwa w roli złamanej stratą i bólem matki (czego wyrazem nagroda dla najlepszej aktorki na canneńskim festiwalu).Tu pojawia się kolejna linia oskarżenia reżysera o mizoginię. To, przez co każe przechodzić swojej bohaterce jest nieporównywalnie bardziej ekstremalne i sadystyczne, niż postać, w którą wciela się Willem Dafoe. Ale tak naprawdę Trier zawsze w scenariuszach przeprowadzał swoje bohaterki przez piekło. A Gainsboroug, która walczyła zapamiętale o tę rolę – kobiety doprowadzonej na skraj przez mężczyznę – odgrywa z niepokojącą wirtuozerią ofiarę skrzywdzoną męską ambicją i zawierzeniem rozumowi. To między innymi dzięki Gainsboroug i Dafoe ten kameralny dramat, rozgrywający się praktycznie między dwójką głównych bohaterów, niesie w sobie duży ładunek prawdy o ludzkich relacjach. Trierowi udało się uchwycić w ich postaciach to, co tak bardzo charakterystyczne dla męskiego i kobiecego przeżywania świata.

"Antychryst" to medytacja nad relacjami damsko-męskimi w sztafażu horroru. Leśne ostępy, chata na odludziu – niektórzy krytycy (np. Rafał Syska, KINO) wskazują, że punkt wyjścia może przywoływać na myśl "Evil Dead". Choć oczywiście demony z którymi zmagają się Ona i On są zupełnie innego rodzaju. Można by również wskazać cały nurt backwood slasherów, które dzielą z opisywanym filmem lokalizację. Innym dość obrazoburczym porównaniem może być próba znalezienia odwołania do "Nekromantika" Buttgereita (scena kiedy Ona doprowadza Jego do krwawego wytrysku i jej podobieństwo do finału filmu Niemca). Ale wątpliwym jest by Trier w swych nawiązaniach sięgał do kina tak niszowego. Na meta-poziomie na pewno będzie to "Häxan" Benjamina Christensena (prześladowania kobiet posądzanych o czary to temat pracy, którą Ona zarzuciła). Duchem przypomina zaś dokonania Polańskiego. A sekwencje rozgrywające się w Edenie skąpane są w gotyckim klimacie. Oczywistym jest, że nie jest to horror dla masowego odbiorcy . Zresztą i art-housowy tłumek ma problemy z przełknięciem nowego dzieła Duńczyka.

Kim jest tytułowy Antychryst? Odpowiedzi może być przynajmniej kilka. Przede wszystkim sam reżyser (sekwencja tytułowa), strach i podświadomość (słowa reżysera), syn głównych bohaterów (raport z autopsji), przyroda (wywód Jej). Wydaje mi się jednak, że bezcelowym jest szukanie jednej spójnej interpretacji (przyroda, która ma reprezentować kobiecość? To kruk zdradza miejsce kryjówki mężczyzny, ale też wskazuje mu gdzie leży klucz francuski, dzięki któremu będzie mógł się uwolnić), a to ze względu na sposób, w który Trier pisał scenariusz. Duńczyk dodawał sceny bez wyraźnego związku logicznego z resztą narracji, wykorzystywał fragmenty snów, które go dręczyły. Powstałe dzieło przypomina psychoanalityczną opowieść pacjenta, w której zależnie od zastosowanego klucza można znaleźć różnorodne odczytania. To zadanie dla widza. Myślę, że z "Antychrystem" zmierzyć się warto. Czy Trier miał rację nazywając go najważniejszym filmem w swojej karierze?

Tytułem końcowej uwagi chciałbym się zastanowić, dlaczego tak wielu recenzentów czuje potrzebę wspominania o ujęciu penetracji waginalnej. Czy kogoś jeszcze porusza widok niesymulowanego seksu w kinie głównego nurtu? Po "Brown Bunny", "Romance X", "9 Songs" czy wreszcie po "Idiotach" samego Triera? Zwłaszcza, że w "Antychryście" dosłowność seksu jest jak najdalsza od wulgarności, pornograficznego obrazowania. Prolog rozgrywa się w hipnotycznym rytmie, ilustrowanym Händlowską arią z "Rinalda", jest poetycko nakręcony i piękny. Kamera pokazuje wyidealizowany obraz sceny, której dosłowność aktu seksualnego jest dopełnieniem, w żadnym razie fałszywą nutą.

Ocena: 5/6

Autor: grzEGOrz