Recenzja horroru

Alligator (Aligator)
Tytuł oryginalny:
Alligator
Reżyseria:
Lewis Teague
Scenariusz:
John Sayles, Frank Ray Perilli
Obsada:
Robert Forster, Robin Riker, Michael V. Gazzo, Dean Jagger, Henry Silva
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1980
Czas trwania:
89 min.






Włoskie aligatory mają ogromny apetyt, wiedzą o tym wszyscy, którzy oglądali ,,Wielkiego aligatora" Sergio Martino i ,,Krokodyla zabójcę" Fabrizio De Angelisa. Jednakże Amerykanie, jak to zwykle bywa, muszą mieć wszystko największe i najżarłoczniejsze zarazem. W przypadku horroru Lewisa Teaguea reguła ta z pewnością nie stanie się wyjątkiem.
Mała Marisa otrzymuje w prezencie młodego aligatorka. Po jakimś czasie ojciec nie mogąc znieść szpetnej maskotki swojej córki (twierdzi, że wszędzie znajduje jej odchody), spuszcza ją z wodą w ustępie. Po dwunastu latach w osadniku oczyszczalni ścieków odnaleziono odgryzione ludzkie ramię i ciało psa. Zwierzę było kilkakrotnie większe niż zapamiętała je właścicielka, która zgłosiła jego zaginięcie kilka tygodni wcześniej. David Madison, detektyw z wydziału zabójstw prowadzący śledztwo w tej sprawie, trafia do laboratorium gdzie prowadzi się badania genetyczne na szczeniakach. Madison nie zdaje sobie tylko sprawy, że zwierzęta pochodzą głównie z kradzieży, a zwłoki nie są utylizowane, lecz zwyczajnie topione w kanałach, służąc za pokarm bestii czającej się w ich czeluściach.
Autor zdjęć Joseph Mangine, późniejszy reżyser niesamowitych "Neon Maniacs", zdecydowanie ma rękę do filmowania ciemnej strony St. Louis. Nieszablonowe ujęcia ponurych, zaśmieconych zaułków, w które perfekcyjnie wkomponował potężnego gada, nadając obrazowi realistyczniejszego wyrazu, sprytnie maskują drobne niedociągnięcia speców od efektów specjalnych. Jednakże i na tych drugich nie można zbytnio narzekać, gdyż aligator Teaguea kasuje obydwa włoskie jaszczury z wyżej wymienionych filmów. Sam krwiożerczy potwór nie jest jednak najmocniejszą stroną filmu, ale jego scenografia. Nieskończony labirynt mrocznych korytarzy pełnych oparów metanu, figurujących na mapach podziemi jako niepewnie oznaczone widma, z których większość pamięta wiek XIX. Połowa filmu zamyka się w ich milczących, wilgotnych kształtach na przemian ziejących klaustrofobią lub przerażających ogromem przestrzeni. Tu po raz kolejny objawia się talent Josepha Mangine, który mistrzowsko operując światłem potrafi zmrozić krew w żyłach nawet pustym kadrem. Reżyser jest świadom potencjału tkwiącego w scenografii i z początku wspaniale to wykorzystuje w ogóle nie ukazując bestii, a jedynie czasem jej fragmenty. Nie utrzymał niestety tej tonacji do końca, przez co groza chwytająca nas za gardła szybko zwalnia swój uścisk. W połowie horroru głównym bohaterem staje się policjant David Madison i jego dramaty, przez co nie tylko widzowie ale i aktorzy zdają się zapominać o aligatorze terroryzującym miasto. Trochę to dziwne, gdyż film można podzielić na trzy części: kadry z aligatorem, kadry z Madisonem oraz kadry z aligatorem i Madisonem, reszta się nie liczy (może poza piękną panią doktor, która skradła serce Davida). Mimo wszystko scenariusz napisany przez Saylesa nie pozwala się nudzić, a odrobina gore i rewelacyjny epizod Henry’ego Silvy jako nieustraszonego myśliwego, rekompensują pewne niedociągnięcia. Warto by jeszcze wspomnieć na koniec o ciekawej scenie w kanałach (również genialnie sfilmowanej), kiedy to oddział SWAT próbuje wypłoszyć gadzinę robiąc oszałamiający hałas garnkami, patelniami, przykrywkami od pojemników na śmieci i innym różnego typu żelastwem. Błędne jest więc stwierdzenie, że "Aligator" to totalna zrzyna ze "Szczęk", gdyż nie zalatuje w nim przygodą a jedynie śmiercią.
Zainteresowani mogą obejrzeć "Aligatora II – Mutacje", który zasadniczo nie różni się niczym szczególnym od części pierwszej. Morał wynika z niej praktycznie taki sam jak z jedynki: nie spłukuj w ustępie niczego co może później urosnąć i wrócić by cię zjeść.