Recenzja horroru

Horror All The Boys Love Mandy Lane

All The Boys Love Mandy Lane (Wszyscy kochają Mandy Lane)

Tytuł oryginalny:

All The Boys Love Mandy Lane

Reżyseria:

Jonathan Levine

Scenariusz:

Jacob Forman

Obsada:

Amber Heard, Anson Mount, Whitney Able, Michael Welch

Kraj:

USA

Rok produkcji:

2006

Czas trwania:

90 minut

Jeśli zastanowić się nad najbardziej skodyfikowanym subgatunkiem horroru, slasher będzie pewnie na pierwszym miejscu. Nagromadzenie klisz fabularnych, typowych postaci, sposobu prowadzenia kamery – nie ma chyba bardziej zgranego tematu. A jednak od czasu do czasu pojawia się dzieło, które przywraca wiarę w gatunek. Że jednak da się powiedzieć coś ciekawego, zainteresować nawet wybrednego widza, kolejną opowieścią o zamaskowanym mordercy. O ile takie filmy jak "Scream" czy "Behind The Mask: The Rise Of Leslie Vernon" swojej wyjątkowości upatrywały w dosłownym rozpoznaniu konwencji gatunkowej, gdzie postacie komentują zasady rządzące fabułą, w której występują, to takie otwarte wykładanie kart nie wszystkim musi się podobać. Szczególnie, że wszystkie zasady slashera, które przywoływano w wymienionych filmach były później skrupulatnie wypełnianie przez scenarzystów. To jaka to rewolucja? Złamanie tych zasad to dopiero osiągnięcie. Pod warunkiem, że nie robi się tego w sposób tak prostacki jak w "Cherry Falls". Scenariusz do "All The Boys Love Mandy Lane" napisali ludzie, którzy wychowali się na slasherach lat ’80 – więc od strony konstrukcyjnej mają "know how", ale wcale nie mieli zamiaru realizować swojego filmu punkt po punkcie według konwencji.

Mandy Lane sprawia, że chłopakom w lokalnym liceum pocą się dłonie, a oddech zdecydowanie przyśpiesza. Co roi się w buzujących od hormonów głowach pewnie lepiej nie wiedzieć. Mandy wydaje się przekraczać społeczne i kastowe podziały – rozmawia z najbardziej pożądanymi przedstawicielami płci męskiej w szkole, ale przyjaźni się z wyalienowanym geekiem. A że myślenie niekoniecznie głową i chęć zaimponowania dziewczynie to niezbyt szczęśliwe połączenie pokazują pierwsze sceny filmu, kiedy skok z dachu willi do basenu okazuje się za krótki o kilkadziesiąt centymetrów. Chlorowana woda zabarwiona krwią ze strzaskanej głowy nie jest wystarczającą przestrogą dla kolejnych śmiałków. Bo oto rok później, spora część męskiej populacji tego samego liceum nadal ciężko wzdycha w kierunku Mandy. I kiedy Redowi udaje się zaprosić dziewczynę na party na ranczo swoich rodziców, przynajmniej paru przedstawicieli owego grona ma nadzieję na to, że będą "tym pierwszym". Na nieszczęście dla nich, ktoś inny ma śmiertelnie poważny stosunek do adoratorów szkolnej piękności. Impreza przeradza się w koszmar…

Internetowe plotki dotyczące tego filmu mówiły o co najmniej poważnej rewolucji w obrębie skostniałego gatunku. Bracia Weinstein kupili prawa do filmu na pniu, od razu po pokazie podczas Toronto International Film Festival w 2006 roku (choć Rotten Tomatoes donosi, że z powodu klapy finansowej "Grindhouse" prawa dystrybucyjne zostały już odsprzedane). Czytając wywiady z twórcami można było się spodziewać nie lada rewelacji. Cóż, wygórowane oczekiwania często negatywnie wpływają na odbiór filmu. Tak było i tym razem, choć "All The Boys Love Mandy Lane" to naprawdę porządny kawałek kina i choć nie wolny od błędów, to nadal niezmiernie ciekawy. Dowodzi bowiem, że można nakręcić slasher, który będzie realistyczny, choć trochę przejmujący i zaludniony przez postaci z krwi i kości.

Przede wszystkim sposób opowiadania przedstawionej historii wyróżnia się spośród pobratymców pokroju "Piątku 13" i jego klonów. Subiektywna kamera, punkt widzenia mordercy, schematy budowania napięcia? A gdzie tam! Szerokie plany, dużo światła w kadrze, klimat zdjęć rodem z romantycznych komedii dla nastolatków (choć twórcy powołują się na "Virgin Suicides" Sofii Coppoli, jako jedno z głównych źródeł inspiracji). Sposób przedstawiania Mandy, gdzie widać pewne odrealnienie i zmitologizowanie postaci, udowadnia, że ekipa realizatorska odrobiła zadania domowe podczas zajęć w American Film Institute. Oglądając pierwszy z brzegu slasher już na pierwszy rzut oka widać z jakiego rodzaju filmem widz ma do czynienia. W przypadku "Mandy" poczucie bezpieczeństwa zostaje oglądającemu odebrane na jednym z najbardziej podstawowych poziomów. Realistyczna kamera zdaje się sugerować, że to dramat, broń boże horror. Jest to zabieg jednocześnie bardzo prosty i pomysłowy, choć również niebezpieczny. Przez większość część projekcji byłem zdezorientowany, bo oto w filmie, który na pierwszy rzut oka mógłby się nazywać "10 Things I Hate About You" czy "Boys & Girls" grasuje morderca, który swoje ofiary wykańcza w sposób bardzo nieprzyjemny. Może jednak te standardowe ustawienia kamery funkcjonują w obrębie horroru nie bez przyczyny, bo w filmie Jonathana Levina brakowało mi napięcia. Zwłaszcza, że tajemnica tożsamości mordercy częściowo wyjaśnia się gdzieś w okolicy połowy czasu trwania filmu. Na plus należy też zaliczyć postarzenie obrazu – grube ziarno daje wrażenie obcowania z filmem ze złotych lat ’70.

Szkoda, że rebelianckie podejście twórców do materii gatunkowej, chęć łamania schematów, nieco wzięło w łeb jeśli chodzi o postaci zaludniające fabułę. Bo bohaterowie "All The Boys Love Mandy Lane" to być może lekko zmodyfikowane, ale jednak klisze do znudzenia znane z tysiąca innych filmów. Ale za to ową schematyczność (te rozwiązłe nastolatki – widać, że scenarzysta nie miał wielkiego powodzenia wśród dziewczyn, kiedy sam jeździł szkolnym autobusem do liceum) jest za to wynagradzana soczystymi rozmowami między postaciami. Jakby to napisał Roger Ebert – scenarzysta ma dobre ucho do dialogów. Larry Clark byłby dumny – język jakim posługują się bohaterowie nie ma kompletnie nic wspólnego z żenującymi ogniskowymi opowieściami tak charakterystycznymi dla "camp slasherów", drewnianymi kwestiami wypoconymi w bólach przez analfabetów chowanych w izolacji, którzy udają scenarzystów. Nie posiadam wiedzy na temat amerykańskiej nastolatków, która pozwalałaby na kategoryczne sądy, ale wydaje mi się, że język słyszany z ekranu brzmi wiarygodnie (a jednocześnie przez to, jest momentami trudny do zrozumienia ;-). Zresztą mimo pewnej sztampowości w doborze postaci – sportowiec, sukowata cheerleaderka, chłopak nie stroniący od używek – aktorzy wypadają dość wiarygodnie a reżyserowi udaje się przedstawić coś więcej, niż kolejną gromadę manekinów do zaszlachtowania.

A sama końcówka filmu zaskakuje całkowicie. Finał zmagań z mordercą rozegrany w pełnym słońcu? W typowym slasherze poranek to czas, kiedy na miejsce zbrodni docierają przedstawiciele prawa, znajdują przerażoną "final girl", akcja się wycisza, żeby w ostatniej scenie zapowiedzieć kolejną część serii niespodziewanym i alogicznym pojawieniem się wydawałoby się uśmierconego psychopaty. W filmie Levine’a nadejście świtu to wcale nie koniec kłopotów – morderca grasuje w najlepsze. Wsiada do samochodu i z siedzenia pasażera obserwujemy jak pojazdem ściga jedną z jeszcze żyjących postaci! A jedna z ostatnich scen – walka w dole wypełnionym szczątkami bydła jest godna nagrody! Szkoda tylko, że końcowy zwrot akcji mocno rozczarowuje. Podczas ostatnich kilku minut z ekranu pada kilka naprawdę wybornych kwestii, zostałem przyjemnie zaskoczony tym, co scenarzysta chował w zanadrzu, ale… Po seansie przychodzi jednak chwila refleksji i okazuje się, że finał był cokolwiek absurdalny i cały film niejako traci sens. Motywacje bohaterów są… niezbyt logiczne, to jedno z najłagodniejszych określeń. O ile w standardowym przedstawicielu gatunku kompletnie to nie przeszkadza, a wręcz im głupiej tym lepiej, to w tym przypadku nie wychodzi. "All The Boys Love Mandy Lane" chciało być "slasherem dla myślącego człowieka" (jak ujął to jeden z recenzentów) i przez większą część czasu trwania obrazu całkiem nieźle mu się to udaje. Niestety konkluzja, mimo że przewrotna, zaciera częściowo dobre wrażenie. Ale nie ma przecież filmu bez wad…

Pełnometrażowy debiut Jonathana Levine’a to kolejne pozytywne zaskoczenie, pokazujące, że wciąż można przewietrzyć wydawałoby się skostniałą na amen formułę stalk’n’slash. Zamiast niekończących się autotematycznych żartów i intertekstualnych nawiązań wypowiadanych z ekranu przez bohaterów, twórcy postanowili zabawić się regułami od zupełnie innej strony. Efekt jest co najmniej ciekawy i wart uwagi. Zresztą, nie będę ukrywał – ja też kocham Mandy Lane, bo Amber Head, która ją zagrała to naprawdę śliczna dziewczyna ze sporym potencjałem aktorskim. Na dodatek jestem w tym szczęśliwym położeniu, że nie muszę skakać z dachu, zgrywać chojraka, żeby poprzebywać w jej towarzystwie. Wystarczy cierpliwie poczekać na premierę DVD.

Ocena: 4+/6

Autor: grzEGOrz