Recenzja horroru

Alien Predator (Drapieżca z kosmosu)
Tytuł oryginalny:
Alien Predator
Reżyseria:
Deran Sarafian
Scenariusz:
Deran Sarafian, Noah Bloch
Obsada:
Martin Hewitt, Dennis Christopher, Lynn-Holly Johnson, Luis Prendes
Kraj:
USA / Hiszpania / Puerto Rico
Rok produkcji:
1987
Czas trwania:
87 minut
"Jestem prawdziwym bohaterem. Co mi tam Charles Bronson czy Clint Eastwood?" – Michael.
Nader często łapie mnie nostalgia. Za przebrzmiałymi czasami beztroskiego dzieciństwa obfitującymi w mniej lub bardziej przyjemne niespodzianki. Za czasami, gdy chodziło się od jednej wypożyczalni kaset video do drugiej i brało wszystkie dostępne na półkach horrory. Bez względu na ich jakość pożerałem je zachłannym wzrokiem głodnego grozy szczeniaka. "Alien Predator" - nakręcona w 1984 roku, lecz dopuszczona do dystrybucji dopiero 8 lutego 1987 roku kopia "Obcego" jest filmem słabym i głupiutkim, ale przywołuje odległe wspomnienia dziewiczego obcowania z gatunkiem. Horror sci-fi Sarafiana wpuszczono na trzy kinowe ekrany w ciągu pojedynczego weekendu i zarobił zaledwie 2554 dolary. Do dziś pamiętam niektóre sceny: zdziczałe psy pożerające bebechy zainfekowanej kosmicznymi mikrobami krowy, groteskowy wygląd twarzy martwego porucznika, Samantha zaatakowana w sklepie przez mężczyznę w czerwonej masce z "Alice, Sweet Alice", kelnerka w hiszpańskiej restauracji krwawiąca z nosa... Nie mogłem się powstrzymać. Musiałem przeżyć na nowo – po tylu minionych latach – przeurocze spotkanie z "Drapieżcą z kosmosu".
Trójka amerykańskich studentów (Damon, Mike oraz Samantha) przemierza suche tereny Hiszpanii wygodnym RV. Trafiają do opustoszałej mieściny Duarte, której z rzadka widoczni mieszkańcy krwawią obficie z przegród nosowych. Okazuje się, iż pięć lat wcześniej na stacji kosmicznej Skylab przeprowadzano tajne eksperymenty z udziałem groźnych mikrobów odnalezionych na księżycu. Statek rozbija się niedaleko Duarte i koszmiczne paskudztwo wydostaje się na zewnątrz zakażając najpierw krowy i psy, a potem ludzi. Zainfekowani mikrobami popadają w morderczy amok będąc zarazem inkubatorami dla obcej formy życia. W rękach nastolatków i napotkanego naukowca z NASA leży ocalenie świata... Tylko po kiego grzyba?
I przeżyłem, choć nie bez obrażeń. Zrozumiałem, jak idiotyczny i absurdalny jest jeden z moich faworytów z dzieciństwa. Ale "Cosmos Mortal" nie składa się wyłącznie z samych wad: ponura sceneria hiszpańskiego miasteczka generuje odrobinę suspensu, nieliczne efekty gore, w tym krwista eksplozja głowy pechowego pracownika stacji benzynowej, są wykonane przyzwoicie przez Marka Shostroma ("Evil Dead II", "Feast", "The Mutilator"), a szkaradne kreatury z kosmosu ujawnią się dopiero w finale. Fragmentaryczna narracja wprowadza do fabuły wiele urwanych wątków, na które naturalną reakcją z mojej strony było wymowne puknięcie się w łeb. Miasteczko Duarte składa się z dwóch rezydentów – przynajmniej tylu wypatrzyłem. Trochę mało jak na mieścinę pełną psychotyków zainfekowanych niebezpiecznymi mikrobami. W "Alien Predator" znalazło się miejsce na elementy horroru, sci-fi, kina akcji i żenującego młodzieżowego romansu. Tak, tak – między Damonem i Samanthą rodzi się uczucie wspierane przez banalne rozważania typu "co kobiety naprawdę poszukują w facetach" i wyciskające łzy z oczu wyznanie "mam nadzieję, że oboje będziecie szczęśliwi". Litości! A kiedy nadejdzie koszmar w postaci obcego wydostającego się z rozwalonej głowy sympatycznego Hiszpana zostanie migiem zdmuchnięty za pomocą wycieraczek samochodowych. Litości raz jeszcze!
Na upartego można doszukać się w "Drapieżcy z kosmosu" pewnych walorów edukacyjnych w postaci pamięciowego przyswojenia kilku hiszpańskich słówek/zwrotów w rodzaju ‘amigo’ czy '¿qué tal?’ utopionych w zalewie drętwych dialogów. Tak więc amigos (przyjaciele), jeśli lubujecie się w kiczu "Alien Predator" będzie dla was nicponi smakowitym kąskiem.