Recenzja horroru

Horror Alice Sweet Alice

Alice Sweet Alice (Słodka Alicja)

Tytuł oryginalny:

Alice Sweet Alice

Reżyseria:

Alfred Sole

Scenariusz:

Alfred Sole, Rosemary Ritvo

Obsada:

Paula E. Sheppard, Linda Miller, Mildred Clinton, Niles McMaster

Kraj:

USA

Rok produkcji:

1976

Czas trwania:

108 minut

Horror Alice Sweet Alice - zdjęcie 1Horror Alice Sweet Alice - zdjęcie 2Horror Alice Sweet Alice - zdjęcie 3Horror Alice Sweet Alice - zdjęcie 4Horror Alice Sweet Alice - zdjęcie 5Horror Alice Sweet Alice - zdjęcie 6

To miał być piękny dzień w życiu Karen Spages. Radość miała się rozlać po jej duszy wraz z przyjęciem po raz pierwszy Najświętszego Sakramentu. Niewinnej dziewczynce nie będzie jednak dane dotrwać tej cudownej chwili. Cnota zostanie zdeptana w bezwzględny i okrutny sposób. Szatan niemiłosiernie zniweczy dzieło boskie, bezpowrotnie odbierając Karen prawo stąpania po ziemskim padole tuż przed przyjęciem Ciała Chrystusa. Pytanie pozostanie tylko jedno: czy narzędziem w rękach Diabła była siostra Alicja, również - choć może tylko z pozoru - nieskalana grzechem? Czy może ktoś tak nią pokierował, że wbrew sobie dopuściła się niewytłumaczalnej zbrodni? A może wszystkiemu jest winien stan umysłowy dziewczynki? Chyba, że za ten makabryczny mord jest odpowiedzialna zupełnie inna osoba?

Niektórzy fani gatunku postrzegają "Alice, Sweet Alice" jako slasher i w takich zdaje się kategoriach go oceniają. Moim zdaniem to błąd, bo akurat filmowi Sole'a bliżej do rdzennie włoskiego giallo niż do tradycyjnego produktu o maniakalnym zabójcy szlachtującym w różnoraki sposób swoje ofiary. Nie miejsce tutaj na rozważania teoretyczne, ale te dwa podgatunki, wbrew kreowanym ostatnio opiniom, są zdecydowanie różne. Oczywiście na upartego można się dopatrzeć elementów, które można by dopasować do późniejszego popularnego nurtu stalk 'n' slash, ale w moim odczuciu Sole kręcąc swój film zdecydowanie spoglądał w kierunku Italii. Wyraźne echa giallo przewijają się przez całą projekcję, począwszy od tajemniczego mordercy w charakterystycznej żółtej (nomen omen) pelerynie, nasuwające skojarzenia z podobnym strojem wykorzystanym w "Eyeball" Umberto Lenzi'ego (czy jak kto woli "Don't Look Now" Roeg'a, z którego tak naprawdę ściągnięto strój do tego marnego giallo), po takie niuanse, jak ujęcie przedstawiające nogi dziewczynki w pończochach, niemalże żywcem wyciągnięte z "Deep Red". Ponadto charakterystyczny sposób kręcenia oraz specyficzna atmosfera towarzysząca nam na każdym kroku i wyczuwalna w wielu fragmentach daje podstawy do sądzenia, że Sole z pełną świadomością pochylił się nad dokonaniami włoskiego kina. Jeśliby przyjąć takie założenie "Alice, Sweet Alice" byłoby kolejnym, obok wspomnianego "Nie oglądaj się teraz" czy "Eyes of Laura Mars" amerykańskim filmem odwołującym się od stylistyki giallo. Choć może nie aż w taki rzucający się w oczy sposób, jak w filmie Reog'a, którego akcja dodatkowo dzieje się w Wenecji. Warto również wspomnieć o kilku brutalnych mordach, które mamy okazję obejrzeć, bo tu ponownie Sole podgląda dokonania włoskich mistrzów. Sposób, w jaki zamaskowany morderca odbiera życie dziewczynce oczekującej przyjęcia Eucharystii, mimo że nie jest pokazany z pełną dosłownością, robi naprawdę ogromne wrażenie. Pozostałe sceny przemocy, choć niezbyt częste, są dość krwawe oraz momentami porażające, a niejednokrotnie, jak w przypadku masakrowania głowy jednej z ofiar, powalające wręcz swoim realizmem. Ponieważ sceny te dodatkowo połączone są z dość dużą dawką suspensu, ich siła rażenia jest podwójna. Zamaszysty cios, którym oprawca wbija nóż w szyję ofiary dosłownie wywołał u mnie ciarki na całym ciele.

Kilka słów, które równie dobrze można by zamienić na jeden głęboki pokłon uznania do samej ziemi, należy się fenomenalnej Sheppard, która wciela się w słodką-nie słodką Alicję. Podejrzewam, że wiele spośród aktorek, których kariery trwały latami może pozazdrościć tej roli 19-letniej wówczas debiutantce. Młodej dziewczynie udało się znakomicie ująć wyjątkowo szerokie spektrum zachowań, czyniąc to w sposób niezwykle naturalny, wiarygodny i za każdym razem przemawiający do widza. I to zarówno kiedy posyła lodowaty, przerażający uśmiech, którego nigdy nie chcielibyście zobaczyć, i kiedy przychodzi w odwiedziny do obleśnego sąsiada udając miłą dziewczynkę. Sheppard dystansuje wszystkich, i tak bardzo dobrze wypadających, aktorów i autentycznie błyszczy od samego początku do końca. A skoro już mowa o obsadzie wielbiciele urody (bo chyba nie talentu) Brooke Shields z pewnością uradują się na widok 11-letniego dziewczęcia w roli Karen - bezlitośnie zamordowanej siostry Alicji. Przy okazji omawiania osób występujących w filmie trzeba też podkreślić, że mieli oni doskonały materiał, na którym mogli pracować. Film Sole’a jest bowiem wypełniony galerią niesamowitych i świetnie sportretowanych postaci, z których każde to dziwaczne i niemalże odrealnione indywiduum. Spoglądając na nie łatwo również dostrzec, że prawie wszystkie są naznaczone grzechem: odpychający grubas (znany z "Bloodsucking Freaks" Alphonso DeNoble), który z chęcią położyłby swoje tłuste łapska na ciele Alicji, ciotka pozornie kochająca swoją siostrzenicę czy zaborcza matka, która faworyzuje jedno ze swoich dzieci. Ten szczegół daje się zauważyć przede wszystkim dlatego, że film Sole’a przepełniony jest religią od samego początku do końca: od zapadających w pamięć zdjęć z wykorzystaniem katolickiej symboliki, po wyraźną w swojej wymowie ocenę wiary i Kościoła. Nierzadko też reżyser decyduje się trochę prowokacyjnie podejść do tematu mieszając sacrum z profanum i pokazując np. krzyżyk dyndający podczas dokonywania mordu, czy decydując się na zabicie Karen tuż przed przyjęciem komunii (nota bene dodatkowo pozwalając by zginęła przez spalenie, czyli niejako w sposób lekko ironiczny odnosząc się do oczyszczania z grzechu).

Sam scenariusz jest spójny i napisany z dużą dbałością o szczegóły, a reżyseria jest naprawdę perfekcyjna. Fabuła rozwija się konsekwentnie, napięcie rośnie z każdą chwilą, a sposób, w jaki Sole wykłada karty na stół jest doprawdy imponujący. Prawdziwym mistrzostwem jest fakt, że złudne uczucie, iż oto znamy już rozwiązanie zagadki będzie nam towarzyszyć właściwie do finałowej sceny w kościele, elegancko spinającej klamerką cały film. Co prawda w pewnym momencie może się wydawać, że reżyser zbyt pospiesznie wyciąga z rękawa asa, ale gwarantuję, że rozgrywka nie straci impetu, a emocje wcale nie opadną. I nie potrzeba do tego żadnych nagłych zwrotów akcji! Trzeba też zaznaczyć, że Sole nie tylko potrafi przedstawić całą historię inteligentnie i przekonująco, ale robi to również w bardzo dobrym stylu. Kapitalne zdjęcia, które sprawiają wrażenie jakby każde ujęcie było przemyślane dwa razy, czy doskonała oprawa muzyczna podkreślają niezwykły nastrój i jeszcze bardziej podnoszą wartość filmu.

Zastanawiające jest, że niektóre filmy gatunku pozostają w tak krzywdzący sposób pomijane przez fanów. Zamiast przebierać w masie bezwartościowych współczesnych gniotów tworzonych na prędce i bez pomysłu, warto czasem przeczesać stare kolekcje, żeby wyciągnąć na światło dzienne takie produkcje. Bo niezależnie od przynależności do określonego podgatunku kina, "Communion" Alfreda Sole jest pozycją, którą trzeba zobaczyć. To film, który nie jest może wybitny, ale za to warsztatowo precyzyjny jak robota starego zegarmistrza z wieloletnim doświadczeniem. Moim zdaniem należy mu się też większe uznanie ze strony pasjonatów gatunku, bo choć nie jest to dzieło powalające oryginalnością czy przecierające nieznane wcześniej szlaki kina, to jednak pozostaje świetnie odrobioną lekcją filmowej sztuki, której nie sposób nie docenić.

Ocena: 5/6

Autor: Mort