Recenzja horroru

Aftermath
Tytuł oryginalny:
Aftermath
Reżyseria:
Nacho Cerdà
Scenariusz:
Nacho Cerdà
Obsada:
Pep Tosar, Xevi Collellmir, Jordi Tarrida, Ángel Tarris
Kraj:
Hiszpania
Rok produkcji:
1994
Czas trwania:
30 minut






Nekrofilia jest jednym z tych tematów, które w każdej chyba kulturze stanowią nienaruszalne tabu. To jedna z rzeczy, o których ludzie woleliby nie słyszeć, żyjąc w świadomości, że zjawisko owo jest jedynie legendą, krążącą pośród grupki głodnych mocnych wrażeń maniaków. Nic więc dziwnego, że filmowcy, którzy decydują się na podjęcie tego tematu w swoich dziełach, z reguły spotykają są w światku filmowym ze zdecydowanym ostracyzmem. Dowodzi tego choćby przykład Jorga Buttgereita, który uczynił problem nekrofilii jednym z centralnych elementów swojej pracy twórczej. Reżyser, do którego przylgnęła etykietka twórcy wyklętego, jest w środowisku filmowym obłożony anatemą, a więc siłą rzeczy skazany na egzystowanie w drugim obiegu.
Ów cuchnący fetorem rozkładu temat, zdecydował się również podjąć hiszpański reżyser Nacho Cerda - w 1994 r. nakręcił on film pt. "Aftermath", w którym postanowił się z nim zmierzyć. Powstał w ten sposób obraz odpychający i fascynujący jednocześnie, w którym w nad wyraz udany sposób łączy się okrucieństwo i perwersja ze swoiście pojmowanym pięknem.
Już na samym początku widać, że dzieło Cerdy nie ma jedynie szokować, a on sam ma wyższe ambicję niż wielu twórców płytkich shockerów. Wydawać się może, że Hiszpan stara się stawiać swoim dziełem pytania natury egzystencjalnej – co czeka nas po śmierci? Jak wygląda ta druga strona? Czy możliwy jest powrót z niej? Owe pytania stawiane są przez pryzmat religii katolickiej, co akcentowane jest kilkakrotnym pojawieniem się na ekranie krzyżyka na łańcuszku. Obecny jest on już w jeden z pierwszych scen filmu, leżąc nieopodal tonącej w kałuży krwi ofiary wypadku. Cerda stara się więc pytać o miejsce religii w życiu współczesnego człowieka.
Lwia części akcji "Aftermath" dzieje się w szpitalnym prosektorium. Przez ponad połowę tego krótkiego, gdyż zaledwie półgodzinnego, obrazu, obserwujemy pracę lekarzy, którzy dokonują sekcji zwłok świeżo przywiezionych denatów. Cerda nigdzie się nie spieszy, ukazując wykonujących są pracę mężczyzn bardzo dokładnie. Wydać się może, że nadaje temu zajęciu znamiona ezoterycznego rytuału, w którym partycypować mogą jedynie nieliczni. Szybko zaznacza się tu jednak pewna dychotomia, gdyż widz zauważa, iż dla rzeczonych lekarzy to chleb powszedni. Każdy zarabia na życie w inny sposób, a oni akurat tak – krojeniem zwłok, wyciąganiem wnętrzności etc. Owe czynności wykonują bardzo mechanicznie, wręcz ze znudzeniem. Z czasem okazuje się jednak, że nic bardziej mylnego – jeden z nich jest wyraźnie zafascynowany trupią atmosferą swojego miejsca pracy, wykazując nie zdrowe podniecenie, które odmalowuje się w jego oczach. Cerda wyraźnie sugeruje, że dla niego autopsja jest czymś znacznie więcej, niźli tylko pracą. Widz szybko ma okazję przekonać się, że tak w istocie jest – gdy mężczyzna zostaje sam w prosektorium, odbywa okrutny stosunek seksualny ze zwłokami młodej kobiety.
Jak już wspomniałem na wstępie, nekrofilia stanowi temat tabu, którego większość osób wolała by nie poruszać. Cerda chciał więc podnieść w swoim filmie zagadnienie, które nie powinno być wyciągane z szarej strefy. Jak więc opowiedzieć o czymś takim? "O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć" – tak kończy swój "Traktat logiczno-filozoficzny" austriacki filozof Ludwig Wittgenstein. A mówić nie sposób np. o absolucie, gdyż nie jest on częścią naszego świata, którego granice wyznaczane są właśnie przez język. Cerda, stawiając pytanie o los człowieka po śmierci, stara się również pytać o absolut, który w ujęciu jego filmu wydaje się być jednoznacznie utożsamiany z Bogiem. Zaznaczony zostaje więc konflikt pomiędzy duchowością a materializmem. Hiszpański twórca stara się go rozwiązać praktycznie bez słów – jego film, poza krótkim komentarzem z offu na samym początku, nie jest w ogóle zwerbalizowany i przemawia jedynie obrazem. A jak przedstawia się owo rozwiązanie? Nie ma wątpliwości co do tego, że wizja Cerdy jest skrajnie materialistyczna. W jego świecie nie ma miejsca na Boga – człowiek po śmierci to jedynie gnijące truchło. Jego ciało można rozłożyć na czynniki pierwsze, dokładnie zbadać, zarówno z zewnątrz jak i od wewnątrz, zwarzyć, zmierzyć. Dodatkowo ludzie po śmierci nie różnią się od siebie prawie niczym, może jedynie w obrębie danej płci. Taki stan rzeczy wydaje się potwierdzać zachowanie lekarzy, dla których krojenie zwłok jest codziennością. Widok rozkładu i odór śmierci nie napełnia ich abominacją. Człowiek po śmierci jest jedynie rzeczą, którą wykorzystać można w dowolny sposób – nie będzie on protestował, nie będzie dochodził swoich praw, ani się bronił.
Erich Fromm nakreślił w swojej rozprawie "Wojna w człowieku" dwie opozycyjne postawy – briofilię i nekrofilię. Jeśli biofilia objawia się pasją życia i spontanicznością, to postawa nekrofilijna realizuje się w umiłowaniu wszystkiego, co martwe, zgniłe, mechaniczne. Frommowska nekrofilia zawsze kojarzyła mi się z zimnymi odcieniami błękitu, w których tonie film Cerdy. Już na początku kamera ukazuje widzom wnętrza prosektorium, które utrzymane są w zimnych tonacjach błękitu. Kolor ten jest skrajne zdehumanizowany, a więc trudno wyobrazić sobie lepszą oprawę kolorystyczną dla filmu takiego, jak "Aftermath". Barwa ta potęguje klimat skrajnej alienacji, a także sprawia, że widz odczuwa nieprzyjemne uczucie osaczenia. Dodatkowo spore wrażenie robi kontrast sterylności wnętrz prosektorium i ociekających krwią i brudem zwłok.
Podział którego dokonał Erich Fromm da się także z powodzeniem odnieść do osoby lekarza-nekrofila i jego niecodziennej pasji. Oczywiście twórca psychoanalizy humanistycznej, gdy pisał o nekrofilii, nie miał na myśl jej ujęcia seksualnego i postrzegał ją znacznie szerzej. Nekrofilia w jego rozumieniu, jak wspominałem już powyżej, objawiała się w umiłowaniu rozkładu, procesów gnilnych, skrajnej mechanizacji życia, a także zbytnim skupianiu się na przeszłości. W filmie Cerdy nekrofilia rozpatrywana jest przez pryzmat seksualny, ale w jego wizji da się doszukać wielu znamion myśli Fromma. Lekarz, przed przejściem do właściwego stosunku seksualnego, brutalnie okalecza obiekt swojej żądzy, całe zajście dokumentując za pomocą aparatu fotograficznego. Widać więc wyraźnie, że będzie on chciał do swojego czynu powracać i wciąż od nowa się nim napawać. Jego działania cechuje także precyzja – nie rzuca się na trupa od razu, wcześniej delektując się jego widokiem, kontemplując rany na martwym ciele, powoli zdejmując z niego ubranie. Owy mechanizm potęgowany jest dodatkowo zachowaniem drugiego z lekarzy, który w pierwszej części filmu wykonuje swoja pracę bez większych emocji.
Choć poziom wykonania efektów specjalnych pozostawia miejscami sporo do życzenia, film całościowo przekonuje i nie wywołuje na ustach widza niepożądanego uśmieszku politowania. Miejscami widać ewidentnie, że mamy do czynienia z gumą i sztuczną posoką, ale wszystko rekompensuje świetny i bardzo sugestywny klimat. Przyczepić się można jeszcze do efektów dźwiękowych, które czasami wydają się nazbyt spotęgowane. Odgłosy rozcinanej skóry, łamanych kości czy wypadających wnętrzności, potrafią być miejscami nazbyt głośne i przejaskrawione. Także odgłosy wydawane przez zwyrodniałego lekarza, sprawiają miejscami wrażenie zbyt teatralnie emfatycznych. Ale są ta mankamenty na tyle nieznaczne, że można na nie ze spokojem przymknąć oko.
"Aftermath" to niewątpliwie ekstremalny kawałek kina. Ale nie jest to jednocześnie film pusty, którego przeznaczeniem jest jedynie obrzydzanie i zszokowanie odbiorcy. Stawia on pewne istotne pytania i prowokuje do refleksji. To obraz odpychający, ale jednocześnie perwersyjnie piękny, co w dużym stopniu jest zasługa wykorzystanej muzyki. Polecam, choć zdecydowanie nie jest to kino dla wszystkich.