Recenzja horroru

Horror 666: Beware the End is at Hand

666: Beware the End is at Hand

Tytuł oryginalny:

666: Beware the End is at Hand

Reżyseria:

Ugo Ugbor

Scenariusz:

BobEmmanuel Anosika

Obsada:

Fred Arico, Musa Ibrahim, Emeka Ani, pastor Kenneth Okonkwo

Kraj:

Nigeria

Rok produkcji:

2007

Czas trwania:

66 minut

Horror 666: Beware the End is at Hand - zdjęcie 1Horror 666: Beware the End is at Hand - zdjęcie 2Horror 666: Beware the End is at Hand - zdjęcie 3Horror 666: Beware the End is at Hand - zdjęcie 4Horror 666: Beware the End is at Hand - zdjęcie 5Horror 666: Beware the End is at Hand - zdjęcie 6

Horror to taki gatunek, który pleni się pod każdą szerokością geograficzną – przynajmniej takie generalizujące opinie można spotkać u teoretyków gatunku. Zastanawiając się nad uniwersalnością grozy można przytaczać takie egzotyczne z naszego punkut widzenia kraje jak Birma, kontynentalne Chiny, Kambodża; Chile czy Argentyna z drugiego końca świata. Jednak patrząc na mapę uderza wielka biała plama – Afryka. Owszem jest kilka filmów z RPA czy Egiptu, ale tak poza tym? A przecież Nollywood, nigeryjski przemysł filmowy, wypuszcza rocznie więcej filmów niż Fabryka Snów. A spośród wielu wierzeń afrkańskich na pewno możnaby wyłuskać motywy do interesujących opowieści (Nigeryjczycy mówią, że bogactwo kultury kontynentu wystarczy na kilkaset lat kręcenia filmów) . Jeszcze kilka lat temu znaczną i najbardziej rozpoznawalą część produkcji stanowiły filmy, które można by przynajmniej powierzchownie zakwalifikować jako horrory o tematyce wudu – traktujące o opętaniu i czarownictwie, podlane chrześcijańskim sosem. Mój pierwszy kontakt z produkcją filmową młodszego brata Hollywood i Bollywood przybrał postać takiego właśnie religijnego pamfletu ewangelikalnego. Bo czego można się spodziewać po obrazie zatytułowanym "666: Beware the End is at Hand"? Raczej nie tradycyjnej narracji głęboko osadzonej w kulturze Nigerii.

Obraz w reżyserii Ugo Ugbora to rozpisana na cztery akty historia walki dzielnego kaznodziei – pastora Lazarusa, który zmaga się z synem Szatana. Ale umówmy się – bardziej rozbudowane scenariusze miewają filmy porno. "666" to zlepek scen, raczej mniej niż bardziej ze sobą powiązanych w ciągi przyczynowo-skutkowe, przypominające jakąś narrację. Film otwiera scena dziejąca się piekle, gdzie Szatan w towarzystwie swych sług wygraża ludzkiemu rodzajowi i przepowiada, że zapanuje nad nim już wkrótce. A potem to już hulaj dusza, a to jakieś oprychy wycinają ciężarnej kobiecie płód z brzucha; albo lokalny alfons każe damie lekkich obyczajów lizać swoją pokrytą strupami nogę; mężczyzna truje drugiego rozsmarowując na progu domu tajemniczą substancję, w którą ofiara wdeptuje i zaczyna zwijać się w agonii i tak dalej. Te przerażające obrazy ludzkiej deprawacji i upadku moralnego stanowią tło działań bohaterskiego pastora, który usiłuje głosić dobrą nowinę. W tym celu wraz ze współwyznawcami postanawia zorganizować krucjatę przeciwko złu. Szatan zaś wysła na ziemię swego emisariusza, by ten ustanowił Kościół Lucyfera. Już wkrótce na świat przyjdzie dziecko Księcia Ciemności. Nadchodzi czas ostatecznej konfrontacji Dobra i Zła (przy użyciu między innymi laserów z oczu)!!!

To nieco żartobliwe streszczenie zarysu wydarzeń w "666" jest wynikiem niemałego szoku poznawczego spowodowanego seansem filmu. Zwyczajnie nie byłem gotowy na zderzenie z Nollywood. Powiedzieć, że obraz Ugbora poraża amatorszczyną to aż nadto skomplementować twórcę. Chciałem tu wymyślić jakieś zgrabne porównanie i napisać, że przy opisywanym dziele, szrot X jawi się niczym arcydzieło. Ale z racji unikalności fenomenu pt. Nollywood, takie kontrastowanie byłoby szkodliwe i niesłuszne. Przemysł filmowy Nigerii to prawdziwe kino ludowe, tworzone dla biednego, niewysublimowanego odbiorcy, czerpiąc z lokalnego kolorytu, nie oglądając się na detale takie jak fabuła, aktorstwo, logika czy wreszcie budżet. Zachodni widz przyzwyczajony do pewnych konwencji i standardów dostaje kinem z Lagos niczym obuchem w głowę. Ale czego innego można oczekiwać, kiedy przeciętny obraz z tamtejszej fabryki snów powstaje w około dziesięć dni przy budżecie, który nawet Rogerowi Cormanowi wydałby się bardziej rachunkiem z restauracji niż kosztami powstania filmu.

"666" to agresywna religijna agitka wpisująca się w próbę zdominowania nigerysjkiej kinematografii przez "narodzonych na nowo" chrześcijan. Dialogi w dziele Ugbora to tak na oko dziesięć sloganów zaczerpniętych z kazania jakiegoś nawiedzonego radykała i wypowiadanych w losowej kolejności. Pastor Lazarus chodzi po uliach miasta, zagląda do barów i obwieszcza wszystkim dokoła, że "koniec nadchodzi", "należy się nawrócić" i tak dalej. Po 10 minutach staje się to tak nużące, że miałem ochotę wyłączyć dźwięk. Szatan też nie wypada wiele lepiej – również w kółko klepie kilka formułek podsłuchanych pewnie w jakimś tanim satanistycznym horrorze klasy Żet. Ale przynajmniej wywraca oczami i miota się w swej furii diabelskiej tak pociesznie, że aż zabawnie. Postaci porozumiewają się w języku angielskim, ale to co dzieje się na ekranie, nadaje nowy wymiar potocznemu określeniu "drewniane aktorstwo". Wypowiadane kwestie brzmią jak pożyczone ze starych westernów, bollywoodzkich filmów czy chińskich filmów kung fu, na które to filmy stanowiły trzon kina popularnego w Nigerii przed eksplozją rodzimej produkcji w latach ’90 ubiegłego wieku. Choć w pewnym sensie aktorom należy się podziw, bo wypowiadać takie frazesy, banialuki i dyrdymały z poważną miną, to prawdziwe osiągnięcie.

Radykalni chrześcijanie wzięli sobie do serca leninowski postulat o kinie jako najważniejszej ze sztuk w służbie Sprawy. Duży procent filmowej produkcji z Nollywood to wspomniane "horrory" o opętanych dzieciach, nawiedzeniach przez demona. Choć żaden widz zachodni nie da się nabrać na te toporne agitki, to w Nigerii ewangelikalna propaganda zbiera swoje krwawe żniwo. Dla Nigeryjczyków filmy przedstawiające dziecko opętane przez demona czy biznesmena bogacącego się dzięki ofiarom z ludzi nie są wytworem fikcji – to relacje wideo z sytuacji, które mają miejsce dokoła. Liczba dziecięcych ofiar idzie przypuszczalnie w tysiące – udokumentowano wiele przypadków morderstw, okaleczeń i tortur na dzieciach, które dorośli uznali za opętane. Zostawiając z niejakim trudem kwestie religijne nieco z boku i zawieszając osąd moralny, warto jednak przyjrzeć się niektórym aspektom tej produkcji, bo wykonanie będzie dla widza z kręgu europejskiego niezwykłym doświadczeniem. Oto znajoma ikonografia zostaje przeniesiona na kompletnie egzotyczny grunt. Jesli Lucyfer i piekło to sam Władca Ciemności jak i jego słudzy i służki mają wielkie rogi. Mało tego, na czołach mają wymalowaną liczbę Bestii. Czego obawia się pobożny chrześcijanin? Najbardziej oczywiście boi się homoseksualistów. Dlatego diabelski emisariusz, z polecenia Lucyfera mający budować budować kościół pod wezwaniem swego pana, mający kusić ludzi pieniędzmi, kobietami i zjawiskami cudownymi, najpierw bierze się za praktykowanie sodomii (w prawicowym rozumieniu terminu;). Scena seksu homoseksualnego jest warta osobnej wzmianki, bo widać jak bardzo aktorzy poświęcają się dla wypełniania zbożnego działa ewangelizacji, choć pozorowanie czułości męsko-męskiej napawa ich wyraźnym niesmakiem. Efektem tego jest scena tak groteskowa, że aż śmieszna. A już potyczka na prądy i kule energii to poezja kiczu w stanie czystym. Bo efekty specjalne generowane są na komputerach domowych i wyglądają jak cokolwiek z innej bajki. Wszystko to do taktu okropnego disko-reggae z tekstem o królestwie bożym.

W efekcie działań szatańskich na świat przychodzi syn Lucyfera, a twórcy filmu są tak zdeterminowani, żeby pokazać zło czyhające poza kościołem wpletli w fabułę scenę pedofilską, kiedy to nigeryjski Damien uwodzi dorosłą kobietę. Tego rodzaju radykalność jest właściwa wszelkim dogmatycznym oszołomom. W pierwszych minutach "666" ma przecież miejsce wspomniana scena wycinania płodu z brzucha matki. Pokazane jest to dosłownie i z bliska (choć oczywiście niedostatki budżetowe niwelują efekt) – taka estetyka to zdaje się coś co nakręca myślenie obsesjonatów idei (warto pokusić się chyba o paralelę choćby z wystawami antyaborcyjnymi katotalibów w Polsce). W pewnym momencie przestaje być śmiesznie, a robi się jeszcze bardziej upiornie. W drugiej częsci "666" bogobojni chrześcijanie próbują zamordować szatański pomiot. Trzymają wierzgającego dzieciaka na jakiejś skrzyni i próbują go pociąć nożem większym niemal od ofiary. W tym momencie nie można nie myśleć, że podobne sceny, wcale nie fikcyjne mają miejsce w Nigerii zbyt czesto. A ponieważ kino Nollywoodu stanowi swego rodzaju dialog z tym co można wyczytać w gazetach i zobaczyć w telewizji, tworzy się błędne koło, gdzie realne wydarzenia (jak polowanie na opętane dzieci, przypadki kanibalizmu, czy rytualnych mordów) napędzają setki fabuł, które prowokują Nigeryjczyków do kolejnych aktów (wszak mentalność ewangelikalna każe każdy tekst odbierać dosłownie), które staną się treścią wiadomości i dalej kolejnych filmów. Śmiech z partyzackiego stylu nollywoodzkiego kina więźnie w gardle.

Niektórzy porównują szaleństwo tego filmu do tureckich podróbek amerykańskich hitów i zdecydowanie jest coś na rzeczy. Niemniej jednak religijny kontekst filmu Ugbora i wszelkie związane z tym negatywne konsekwencje pozostawiają spory niesmak po projekcji. Gdy jednak na chwilę przymknąć oko na bagaż kontrowersji to cykl "666" może być idealnym sernikiem na sobotnie spotkanie z grupką znajomych, pod siatkę browarów, dobrego jointa i turlanie się po podłodze ze śmiechu. Choć jest to przyjemność raczej wątpliwa moralnie. Dlatego pozostawiam go bez oceny wyrażonej liczbowo.

Ocena: -/6

Autor: grzEGOrz