Recenzja horroru

5 Dead on the Crimson Canvas
Tytuł oryginalny:
5 Dead on the Crimson Canvas
Reżyseria:
Joseph F. Parda
Scenariusz:
Joseph F. Parda
Obsada:
Liz Haverty, Joe Zaso, Mony Damevsky, Rick Poli
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1996
Czas trwania:
96 minut






Od pewnego czasu giallo również i w Polsce zdobywa wcale pokaźną popularność, choć nadal jest to gatunek raczej dla wtajemniczonych, głębiej siedzących w horrorze. I wśród takich osób toczą się dyskusje czy giallo to produkt wyłącznie włoski, przypisany do konkretnego miejsca, a może i czasu, czy też to pewien sposób narracji, ogólne założenia fabularne, określona ikonografia, które występować mogą pod każdą szerokością geograficzną. Czy 'Eyes of Laura Mars' lub 'White of the Eye', czy wręcz 'Evil Dead Trap' można nazwać niewłoskimi giallo? To temat na zupełnie odrębną dyskusję, faktem jest jednak, że właśnie włoskie produkcje z lat '60 i '70 wywarły istotny wpływ na wielu twórców filmów z pogranicza thrillera i horroru. Wpływ ten widać w sposobie prowadzenia opowieści, filmowania czy rozwiązań scenariuszowych. Gatunek popadł w niełaskę od końca lat ’80 i dopiero od niedawna pojawiają się tytuły, które próbują wlać w niego trochę świeżej krwi (jak choćby puszczany w polskiej telewizji ‘Eyes of Crystal’ Erosa Puglielli). Ale właśnie we wspomnianym okresie uśpienia, hołd gatunkowi złożył Joseph F. Parda swoim ‘5 Dead on the Crimson Canvas’ – filmem, który można nazwać amerykańskim, niskobudżetowym giallo.
Kontrowersyjny artysta z obsesją przedstawiania gwałtownych rodzajów śmierci, Richard Streeb, zostaje zamordowany na oczach swojej żony - Glorii. Po wezwaniu policji do rezydencji Streebów, gdzie zbrodnia miała miejsce, okazuje się, że ciało zniknęło, nie ma też żadnych śladów, które potwierdzałyby wersję wydarzeń zaprezentowaną przez Glorię. Inspektor prowadzący śledztwo, bardzo sceptyczny, co do tego czy morderstwo miało faktycznie miejsce, nie pała chęcią jak najszybszego rozwikłania zagadki. Zdesperowana żona wzywa z Włoch brata zamordowanego, Billa. Ten próbuje wyjaśnić zagadkę na własną rękę, ale każdy do którego się zwraca o pomoc, wkrótce zostaje zamordowany. Podejrzenia więc padają na niego. Sytuacja dodatkowo komplikuje się, kiedy mężczyzna wikła się w romans z żoną swego zaginionego brata.
Okazuje się, że można z powodzeniem podrobić ducha włoskich gialli, niekoniecznie samemu będąc Włochem. '5 Dead on the Crimson Canvas' to pod pewnymi względami całkiem udany hołd dla popularnego niegdyś gatunku. Już sam tytuł stanowi nawiązanie do tytułów filmów z Półwyspu Apenińskiego, takich jak 'Red Queen Kill 7 Times' czy 'The Killer Reserved Nine Seats'. Zresztą rzut oka na tytuły poszczególnych rozdziałów na DVD mówi sporo o inspiracjach Pardy. Przykładowo 'So Sweet, So Dead', 'Four Times That Night', 'Strip Nude For Your Killer' - te nazwy wywołają błysk w oku każdego miłośnika giallo. Ze względu na fakt, że Parda nakręcił swoje dzieło na taśmie Super 8 mm, jakość obrazu jest dość marna. Dzięki temu jednak ma się wrażenie, że oto przyszło nam oglądać jakiś zapomniany włoski thriller w kiepskiej kopii vhs. Parda dobrze odrobił lekcję ikonografii u włoskich mistrzów - jest obowiązkowy morderca w czarnym płaszczu i rękawiczkach, akcja dzieje się w światku artystycznym, są stylowe wnętrza. Ciekawym zabiegiem jest pewne odwrócenie schematów - w wielu giallo to amerykański turysta/dziennikarz prowadził śledztwo na własną rękę. U Pardy to z Włoch przyjeżdża bohater, który rozwiąże zagadkę. To taka mała ciekawostka, którą docenią miłośnicy kunsztu Argento czy Margheritiego.
Niestety minusów jest dużo więcej niż zalet. Przede wszystkim film jest dość nużący. Częściowo jest to wina scenariusza, który przypomina raczej ciąg luźnych scen, dość arbitralnie ułożonych w porządku chronologicznym. Jest takie nadużywane przez polskich recenzentów sformułowanie dotyczące giallo - "odrealnienie świata przedstawionego/rzeczywistego". W obrazie Pardy to odrealnienie na poziomie fabularnym sięga zenitu. Mówiąc dosadnie, nic się tu kupy nie trzyma a logika wydarzeń jest mocno wątpliwa. Takie same zarzuty wprawdzie można postawić wielu giallo, choćby samego Dario Argento, ze sztandarowym przykładem 'Deep Red' na czele. Tyle tylko, że Włosi najczęściej niedostatki scenariuszowe czy uproszczenia fabularne nadrabiali przepięknymi zdjęciami i świetną muzyką. '5 Dead on the Crimson Canvas' niestety wygląda przez większość swojego czasu trwania jak film nakręcony na domowym przyjęciu przez zdolnego najmłodszego syna gospodarzy. Na nic się zdają odniesienia do np. 'Tenebrae', bo Pardzie brakuje umiejętności i wyczucia Argento. No i przede wszystkim budżetu. Zaś stosowanie w większości długich ujęć i planów ogólnych sprawia, że to amerykańskie giallo zupełnie nie ma tempa i trzeba nieco wytrwałości by dotrwać do końca. Sam reżyser przyznaje, że bardziej skupił się na kreowaniu strony wizualnej filmu niż na scenariuszu. Ale znowu braki finansowe nie pozwoliły rozwinąć skrzydeł. Dialogi i gra aktorska są ciężkie do zniesienia. Zwłaszcza Joe Zaso zachowuje się jakby grał w filmie niemym - ekspresję mimiczną ma rodem z filmów z lat '20. Może jakąś rolę odgrywa tu fakt, że cały dźwięk filmu był robiony na postsynchronach i początkowo dzieło Pardy było faktycznie nieme. Jednego tylko pojąć nie mogę - dlaczego, jeśli dźwięk i dialogi zostały dodane później, połowy rozmów w '5 Dead on the Crimson Canvas' kompletnie nie słychać? W trakcie projekcji czułem się jak na polskim filmie, ze ścieżką dialogową tak fatalnie nagraną, że trzeba się domyślać co aktorzy mówią w danym momencie. A do tego wszystkiego jeszcze tanie efekty specjalne, które wywołują bardziej uśmiech niż przerażenie lub wstręt.
Porównując listę zalet i wad dzieła Pardy można by dojść do wniosku, że to kompletny niewypał, którym nie warto zawracać sobie głowy. Ale przecież znakomitą większość zarzutów, które obciążają '5 Dead on the Crimson Canvas' można postawić ogromnej ilości włoskich giallo, realizowanych przez drugi lub trzeci, a nawet czwarty garnitur twórców. I dobrze jest pamiętać, że mamy do czynienia z dziełem niskobudżetowym, zrealizowanym przez miłośników gatunku przy użyciu mało profesjonalnego sprzętu. Film Pardy nie jest dużym osiągnięciem kinematograficznym, projekcja jest chwilami męcząca, ale mimo wszystko warto rzucić okiem na kilka zwrotów akcji i krwawych scen, które z powodzeniem mogły powstać trzydzieści lat temu w studiach Cinecitta.