Opis książki
Polski horror
Paweł Jóźwiak-Rodan

Wydawnictwo:
Wydawnictwo audiowizualne NEMEZISRok wydania:
2008Oprawa:
miękkaFormat:
Język:
polskiIlość stron:
212Pozycji książkowych o filmowym horrorze w języku polskim jest jak na lekarstwo. Zaś prac poświęconych polskiej celuloidowej grozie nie ma wcale. Owszem, w "Seansie z wampirem" Kołodyńskiego pojawiają się fragmenty poświęcone filmom znad Wisły, u Pitrusa w "100 filmach grozy" jest osobny rozdzialik – poza tym nic. Tym bardziej zaintrygowany byłem, kiedy grzebiąc w sieci przypadkiem trafiłem na stronę polskihorror.pl, gdzie przeczytałem zajawkę książki Pawła Jóźwiaka Rodana "Polski horror czyli o filmie grozy słów kilka". W pierwszym momencie pomyślałem – kurczę, nareszcie jakaś sensowna pozycja. Ale kiedy człowiek widzi takie oto zdanie "Napisana w formie naukowego eseju (z przypisami na końcu książki)" to z miejsca wiadomo, że będzie raczej śmiesznie niż naukowo, raczej pretensjonalnie i pewnie niezbyt kompetentnie. W jednym się tylko pomyliłem – nie jest śmiesznie – jest strasznie...
Rodan to wedle informacji na czwartej stronie okładki absolwent kulturoznawstwa na UŁ i student reżyserii na Uniwersytecie Śląskim. Jak pisze we wstępie postanowił się przyjrzeć filmom polskich reżyserów, którzy próbowali wywołać fascynującą autora emocję strachu. Książka podzielona jest na dwie części – część teoretyczno-analityczną, gdzie Rodan zajmuje się siedmioma polskimi horrorami oraz część publicystyczną, gdzie zamieszczono wywiady z czterema reżyserami, których filmy stały się przedmiotem analizy w części pierwszej. Dodatkowo, do "Polskiego horroru" dołączona jest płyta DVD z krótkometrażowym obrazem "Utopiec" w reżyserii autora.
Lista zarzutów, które trzeba sformułować przeciwko "Polskiemu horrorowi", jest długa, zbyt długa niestety. Przede wszystkim brakuje jasno sformułowanej tezy pracy. Rodan stwierdza: "postanowiłem przyjrzeć się pełnometrażowym, fabularnym filmom polskich reżyserów, którzy postanowili wywołać uczucie grozy u widzów realizując swe filmy w konwencji horroru" [zachowano oryginalną pisownię]. Na czym to przyglądanie się ma polegać, tego jednak autor nie precyzuje. W trakcie lektury okazuje się, że Rodan bierze na tapetę kolejne filmy i próbuje dopasować cytaty z "Filozofii horroru" Noela Carrolla i "Kina lęków" Marka Haltofa do odpowiednich fragmentów dzieł Janusza Majewskiego, Andrzeja Żuławskiego, Marka Piestraka i innych. Brak w tym pisaniu jakiejkolwiek systematyczności i rygoryzmu, rozbiór poszczególnych filmów jest chaotyczny, a książka nie posiada jakiegoś ogólnego planu. Wybór tytułów, które zostały poddane analizie jest również wątpliwy. Brak tu telewizyjnych filmów z cyklu "Opowieści niezwykłe" – autor założył sobie, że jego wywód dotyczył będzie jedynie filmów pełnometrażowych. Pozostaje zadać pytanie – dlaczego? – Rodan pisze pracę o polskim horrorze, a jednocześnie pomija połowę dorobku w tej dziedzinie. Jeszcze bardziej niezrozumiałe jest pominięcie "Legendy" Mariusza Pujszo – przytoczona zostaje jedynie recenzja z magazynu Film. Jak zły by ten obraz nie był, to jest on najczystszym horrorem w polskim kinie od wielu lat.Brakuje zresztą i innych dzieł, np. "Lubię nietoperze" czy "Łza księcia ciemności" (a przecież Piestrak i jego filmy jest jednym z bohaterów "Polskiego horroru").
Zanim dotrze się jednak do analiz poszczególnych filmów trzeba przebrnąć przez wstęp teoretyczno-historyczny. A jest to zadanie niełatwe – na dwudziestu stroniczkach upchnięto bowiem taką ilość błędów merytorycznych, faktograficznych, błędnych analiz i zwykłego bajdurzenia, że zacząłem się zastanawiać, czy można wypisać więcej bzdur na tak ograniczonej przestrzeni. Od tak kardynalnych błędów jak błędne daty powstania filmów – "Golem", "Gabinet dr. Caligari", "The Curse of Frankenstein" ; okres działania teatru Grand Guignol; odkrycie nieznanego dotąd filmu Toda Browninga - rzekomy "Dr Henry Frankenstein" z 1932 roku, czy twierdzenia, że "Freaks" nie miało swojej premiery w latach ’30 ubiegłego wieku . A zaliczenie hammerowskich filmów do estetyki gore woła o pomstę do nieba. Otóż wedle Rodana produkcje wytwórni charakteryzowały się "hektolitrami krwi, mięsem i epatowaniem przemocą". Pytanie czy autor widział jakikolwiek film z zasłużonego dla gatunku studia? O tym jak został potraktowany George A. Romero czy Alfred Hitchcock lepiej nie wspominać. Historia rozwoju gatunku przedstawiona w książce jest cokolwiek wątpliwa, wyrywkowa i kuriozalna. Najprościej mówiąc Rodan nie zadał sobie trudu by sięgnąć do jakichkolwiek źródeł podczas jej pisania. A gdyby zajrzał choć po "Leksykon Filmowego Horroru" Bartłomieja Paszylka potrafiłby bardziej uporządkować swoje wywody. Zastanawiające twierdzenia jak to, że "Lśnienie" i "Egzorcysta" "to filmy, które przełamywały gatunek, stając się czymś więcej niż tylko filmem grozy", pozostawione są bez jakiegokolwiek uzasadnienia. Dodatkowo rzucają się w oczy błędy w zapisie imion i nazwisk – Leona Trystana, Toda Browninga, Tzvetana Todorova, Nietzschego czy Lovecrafta.
Autor twierdzi, że w swych rozważaniach metodologicznym przewodnikiem była dla niego "Filozofia horroru". Jest to oryginalne stwierdzenie, gdyż pisząc o popularności horroru całkowicie unieważnia ustalenia Carrolla,przywołując przy tym tezy tegoż amerykańskiego teoretyka filmu jako potwierdzenie swoich "ustaleń"(sic!). Jest to wyjątkowo widoczne we fragmentach poświęconych rzekomym analogiom między doznaniem grozy a przeżyciem religijnym. Rodan cytuje obficie Carrolla, który relacjonuje tezy Howarda Phillipsa Lovecrafta dla uzasadnienia swoich wywodów i konstrukcji książki. Ale jedyne wrażenie jakie odnosi czytelnik, to że autor "Polskiego horroru" zwyczajnie nie przeczytał dość uważnie książki, na którą się powołuje. Carroll bowiem odrzuca poglądy Lovecrafta, powiązania horroru z doznaniem religijnym, jako zbyt mało ogólne, niewystarczające do opisania fenomenu grozy i jej atrakcyjności dla odbiorcy. Posiłkując się przeinaczonym Carrollem i podpierając się Haltofem, Rodan dochodzi do wniosku, że "bojąc się owego nieznanego, przeczącego nauce, osiągamy stan mistyczny". Absurdalność owego stwierdzenia jest tym bardziej uderzająca, gdy skonstatuje się fakt, że jego autor utrzymuje, że grozą zafascynowany jest od dziecka. Sprzeczność tej tezy z doświadczeniem potocznym jest tak oczywista, że wydaje się niemożliwym, żeby autor jej nie dostrzegł. Prawdopodobne są więc dwie odpowiedzi. Albo Rodan zupełnie nie dba o wiarygodność konstrukcji teoretycznej, na której buduje swój wywód. Albo nie rozumie tego co przytacza i co twierdzi. W obydwu przypadkach dyskwalifikuje się jako poważny badacz. Rozważania zawarte w rozdziale teoretycznym porażają wręcz prostactwem – "być może, zatem zrobienie dobrego horroru jest również sztuką". Jeśli Rodan potrzebuje dwudziestu stron, by dojść do tak trywialnych konstatacji, opatrując je dodatkowo mglistymi przypisami, które nic nie wnoszą to wywodu, to ja mam ochotę podsumować jego wywody jednym słowem – bzdury. Osnute na kilku dość przypadkowo wybranych cytatach wynużenia autora przypominają raczej rozpaczliwe próby sklecenia kilku sensownych zdań przez studenta poganianego przez terminy zaliczeń. Ufundowana na takim wstępie teoretycznym praca zwyczajnie nie może być choć w niewielkim stopniu ciekawa, przekonująca czy wartościowa.
I niestety tak właśnie jest. Rozważania Rodana oscylują między banałem i kontrowersyjnym mętniactwem. Dodatkowo autor wyraźnie nie jest biegły w choćby szczątkowej analizie tekstu (czy to filmowego czy literackiego), co przekreśla jakiekolwiek szanse na namysł krytyczny. Mały przykład – w rozdziale o "Lokisie" Majewskiego, przytoczone zostają słowa Andrzeja Kołodyńskiego "zakończenie sugeruje, ze to on właśnie dał się zwieść pozorom". Rodan w następnym zdaniu przystępuje do analizy i pisze tak: "moim jednak zdaniem, końcowa scena nie daje się zaklasyfikować w tak jednoznaczny sposób". Zwyczajnie ręce opadają. Daje również o sobie znać wyrywkowość cytatów, na których Rodan opiera swoje twierdzenia. Autor "Polskiego horroru" pisze na przykład, że Carroll uważa kryterium potworności jako wyróżnik horroru, odróżniając ten gatunek od filmów, gdzie bohaterami są ludzie z zaburzeniami psychicznymi. A tymczasem amerykański teoretyk uszczegóławia swoje twierdzenia, tak by do horroru można było zaliczyć choćby "Psychozę". Męczące nawiązania do koncepcji zawieszenia niewiary pokazują jasno, że Rodan nie rozumie tego terminu. Jeśli postmodernistyczny persyflaż czy intertekstualność mają unieważniać możliwość budzenia grozy, to jak wyjaśnić fenomen takich filmów jak "Krzyk" Wes Cravena? Idąc dalej co począć z filmami, które bynajmniej nie mają budzić strachu, a jedynie posługują się schematami gatunkowymi i rekwizytami z repertuaru horroru. Horror to czy nie? Rodan powołuje się na doświadczenie art-grozy sformułowane przez Carrolla nigdy nie wyjaśniając czym ono tak naprawdę jest i jak się ma do jego rozważań. W książce przywołane zostają takie pojęcia jak klasyczna struktura horroru, po to by twierdzić, że wybrane dzieła nie przynależą do gatunku w sposób pełny. Skoro jednak istnieje klasyczna definicja czegoś to można domniemywać, że istnieje również definicja nieklasyczna lub współczesna. I tak przecież jest w istocie. Na gruncie polskim o współczesnym horrorze, filozofii gore pisał choćby Andrzej Pitrus. Ale żadnej z jego książek nie ma w spisie bibliograficznym "Polskiego horroru". Rozważania Rodana, mimo że pisane w XXI wieku, są całkowicie przestarzałe. Tę listę błędów, uchybień, mylnych interpretacji i pomieszania materii można by ciągnąć jeszcze długo (choćby analiza jednego z paradoksów horroru w ujęciu Carrolla), ale ta recenzja rozrosłaby się do monstrualnych rozmiarów, a praca autora "Utopca" zwyczajnie na to nie zasługuje. Dlatego przytoczę tylko jeszcze jedną perełkę na zakończenie rozważań o merytorycznych walorach książki – na koniec rozdziału poświęconego "Medium" Jacka Koprowicza, Rodan stwierdza co następuje: "jest to dobry film na remake, gdyż jest przerażający. Może, któryś z reżyserów pomyśli nad tym, gdyż polskie kino potrzebuje przecież remake’ów" [zachowano oryginalną pisownię]. Myślę, że ten ustęp dobrze uwypukla styl i jakość pracy autora.
Jedynym jaśniejszym punktem "Polskiego horroru" są wywiady z reżyserami zamieszczone w drugiej części książki. Prawdziwą gratką jest możliwość poczytania co do powiedzenia ma "Ed Wood polskiego kina" Marek Piestrak. Ciekawe są również pozostałe rozmowy i jedynie dla nich warto rzucić okiem na książkę Rodana.
Jak pisałem na początku pozycji książkowych po polsku poświęconych filmowej grozie jest bardzo niewiele. Książka Rodana nie zmienia tego bilansu, bo jest napisana tak fatalnie, że niezbyt przypomina język w jakim pisana jest choćby ta recenzja. "Polski horror" upstrzony jest błędami stylistycznymi, gramatycznymi, interpunkcyjnymi (chyba tylko ortograficznych nie wypatrzyłem – widać autokorekta w Wordzie wyłapała wszystkie). Styl w jakim Rodan prowadzi swój wywód jest zwyczajnie męczący – powtórzenia (miejscami niemal całych akapitów), niezgrabności językowe pojawiają się z zastraszającą regularnością. Jest to tak irytujące, że w pewnym momencie podczas lektury zamiast zwyczajnie podkreślać błędy ołówkiem, dopisywałem jeszcze "styl! kurwa!" na marginesie. Sam czasami mam problemy przy streszczaniu fabuły opisywanych na Danse Macabre filmów, ale to czego dokonuje Rodan np. przy okazji analizy "Lokisa" jest osiągnięciem samym w sobie (choć niekoniecznie godnym naśladowania). Przebrnięcie przez tę książeczkę jest prawdziwą drogą przez mękę.Wystawia to smutne świadectwo dla polskiego systemu edukacji. Stawiam bowiem dolary przeciwko orzechom, że jest to praca licencjacka Rodana (mam nadzieję, że tak nisko polskie szkolnictwo wyższe nie upadło, żeby przyznawać za takie kuriozum tytuł magistra) – jakim cudem przeszła przez recenzenckie sito, gdzie był promotor? Jak najgorzej świadczy to też o wydawcy – Wydawnictwie audiowizualnym Nemezis. Ale w tym akurat przypadku nie dziwi – szybka wizyta na stronie internetowej Nemezis pokazuje takie samo niechlujstwo i brak profesjonalizmu – brak polskich czcionek, fatalna składnia, pourywane zdania i linki prowadzące do nikąd.
Podsumowując, jak na pracę naukową książce Rodana brak rygoryzmu – to raczej zlepek luźnych myśli, które urodziły się w głowie autora pod wpływem lektury "Filozofii horroru" Carrolla. Jako książka skierowana do szerszego odbiorcy wypada słabo. Pomijając fatalną stronę edytorską, brak tu jakiejś myśli przewodniej, która będzie organizować analizę wybranych tekstów filmowych. Rodan skupia się na wybranych fragmentach filmów, które stara się dopasować do wyrywkowo wybranych cytatów z Carrolla, Haltofa i Kinga. Analizy zawarte w "Polskim horrorze" będą też raczej mało interesujące dla przeciętnego czytelnika – autora interesuje, podlana filozoficznym sosem, techniczna strona opisywanych produkcji. Jest to pozycja wyłącznie dla tych, którzy lubią ślęczeć nad książką i podkreślać kolejne passusy. Podkreślać nie dlatego, że są ciekawe i poszerzają wiedzę czytelnika, tylko dlatego, że są tak kuriozalne, sprzeczne i nieporadne, że zwyczajnie śmieszne. A historia polskiego horroru nadal czeka niestety na napisanie.