Opis książki
Leksykon Filmowego Horroru
Bartłomiej Paszylk

Wydawnictwo:
Instytut Wydawniczy LatarnikRok wydania:
2006Oprawa:
miękkaFormat:
138 mm x 205 mmJęzyk:
polskiIlość stron:
304Filmowy horror jest od kilku dobrych lat na fali. Ukazują się dziesiątki nowych filmów, na które publiczność tłumnie chodzi do multipleksów, dystrybutorzy DVD prześcigają się w wynajdywaniu zapomnianych tytułów i odświeżaniu klasyki. Oferta pozycji książkowych może przyprawić o zawrót głowy - w księgarniach półki uginają się od tytułów, które analizują gatunek, poszczególne serie czy filmy od każdej możliwej strony. Nic tylko wybierać - spełniony sen konsumenta grozy. Brzmi pięknie, prawda? Nieprawdziwie? Ależ skąd, jak najbardziej prawdziwie. Tyle tylko, że na Zachodzie. W Polsce ten boom jest jakby słabiej zauważalny. Istnieje co prawda kilka serii wydawniczych, które wydają nowe dvd z często ciekawymi filmami, nowości w kinach szybko trafiają na srebrne płyty, interesujące wydania nie są wcale rzadkie. Ale jeśli komuś zamarzy się dowiedzenie czegoś więcej, poznanie historii horroru i chciałby o tym poczytać, to niestety musi odejść z kwitkiem. Albo zalogować się na stronie Amazon.com. Tak przynajmniej było jeszcze do niedawna. W zeszłym roku ukazał się bowiem "Leksykon Filmowego Horroru" Bartłomieja Paszylka, autora recenzji zamieszczanych w Nowej Fantastyce i na witrynie Horror Online.
Trzeba powiedzieć, że czas by wydać taką pozycję był najwyższy. Filmowy horror ma się nad wyraz dobrze, przynajmniej jeśli chodzi o ilość dostępnych tytułów, bo jakość bywa różna. Natomiast ostatnia książka, która w sposób całościowy, a jednocześnie przystępny, podchodziła do zjawiska, ukazała się prawie dekadę temu. Andrzej Pitrus wydał swoje "100 filmów grozy" w 1999 roku, jeszcze przed eksplozją kina azjatyckiego, który tchnął nową energię w gatunek. Aktualizacja była więc jak najbardziej potrzebna, gdyż wyrosło nowe pokolenie, które na horror filmowy ma ogromny apetyt (swoją drogą, czuję się diabelnie staro pisząc takie właśnie zdania:).
We wstępie autor pisze, że jego celem jest "ukazanie różnych rodzajów filmowego horroru wraz z jego ewolucją na przestrzeni dziesiątków lat". Pobieżny rzut oka na spis zawartych w tomie tytułów zdaje się potwierdzać nadzieje Paszylka, że jego zamiar się powiódł. Jednak spokojna lektura ujawnia dość rażące braki w doborze materiału. Oczywistym jest, że każdy miłośnik kina grozy, którym na pewno jest autor "Leksykonu Filmowego Horroru", odmiennie rysuje swoją mapę gatunku, inaczej rozkłada akcenty, innych twórców darzy większą estymą, inne filmy ma za swoje ulubione, to jednak pewne punkty graniczne, kamienie milowe rozwoju horroru są tak oczywiste, że w każdym opracowaniu po prostu muszą się znaleźć. Bo o ile z nurtem bardziej ekstremalnym autor poradził sobie w sposób tyleż sprytny co kontrowersyjny (biorąc pod uwagę cel książki – prezentacja gatunku i jego ewolucji) - stwierdzając po prostu, że nie będzie o nim pisał (bo to "nie na miejscu" (sic!)), to brak tak jakiegokolwiek filmu wytwórni Hammer, każe mocno zastanowić się nad strategią obraną przez Paszylka. Dziwić może nieobecność np. 'Kaidan' Kobayashi Masaki, ale brak obrazu z Peterem Cushingiem? Brak produkcji ze studia Amicus, można uzasadnić. Brak produkcji z Bray każe zakwestionować dobór materiału. Szczególnie kuriozalnie wygląda to przy opisie "Draculi" Toda Browninga, gdzie jako przykłady innych odczytań mitu wampirycznego autor wymienia dzieła Johna Badhama, Francisa Coppoli i, o zgrozo, Stephena Sommersa (fatalny "Van Helsing"). O interpretacji Christophera Lee cisza. Co ciekawe, pojawiają się dwa filmy angielskie z interesującego nas okresu - 'Witchfinder General' i 'The Wicker Man'. Warto jednak pamiętać, że bez Hammera tych produkcji by po prostu nie było! Fakt, że Freddie Francis pojawia się na kartach książki bardziej jako operator kamery i współpracownik Lyncha również wart jest osobnego namysłu. Można również zapytać, gdzie jest Roger Corman? Gdzie choćby wzmiankowany Hershell Gordon Lewis? Wszak nawet jeśli autor nie darzy szczególną estymą dokonań bardziej drastycznych czy eksploatacyjnych w obrębie gatunku, to nie musi poświęcać im osobnych recenzji - wystarczy o tym mimochodem wspomnieć przy okazji omawiania innych tytułów. Inaczej ta historia gatunku jest pełna dziur i niezrozumiałych przeskoków. Merytorycznych zastrzeżeń można mieć o wiele więcej. Określanie 'Das Cabinet des Dr. Caligari' mianem "początku filmowego horroru" jest tyleż autorytatywne, co zwyczajnie fałszywe. Z co najmniej dwóch punktów widzenia. Jedna z teorii mówi, że o horrorze jako takim można mówić dopiero od ery produkcji Universalu - jako, że one wypracowały podstawowe narzędzia i struktury konstruowania filmowej grozy. Wcześniejsze produkcje to konglomerat różnych wpływów, który nie ukonstytuował jeszcze gatunku jako takiego. Ale to podejście zdaje się nie być popularne w polskiej literaturze. Drugi kierunek krytyki, obecny również w polskim namyśle nad filmową grozą wskazuje co najmniej jedno dzieło pretendujące do roli pierwszego pełnoprawnego horroru - "Student von Prag" pochodzi z 1913 roku. Można również dodać, że po drugiej stronie oceanu David W. Griffith zrealizował w rok później "The Avenging Conscience: or 'Thou Shalt Not Kill'".
Założone przez autora zadanie pokazania rozwoju gatunku na przestrzeni lat, podkreślone przez chronologiczny układ leksykonu, staje pod znakiem zapytania również z innego względu. Arbitralny dobór recenzji nie jest uzasadniony żadną myślą przewodnią. W opisach jeśli nawet pojawiają się wzmianki o dominujących nurtach w horrorze danej dekady (jak w przypadku "Them"), to są one mało zauważalne i nikną w obrębie tekstu. Dekady zmieniają się jak w kalejdoskopie, ale nie wyziera spoza opisów żaden kontekst, filmy zawieszone są w próżni kulturowej, politycznej, społecznej. Chyba tylko w przypadku universalowskiego "Draculi" i wspomnianych "Them", pojawia się mglista wzmianka o sytuacji w USA tamtego okresu. Paszylka bardziej interesują zgrabne nogi aktorek czy kolor ich włosów niż umiejscowienie danego filmu w szerszym kontekście. Wydaje się, że swoją książkę autor kierował do młodszego pokolenia entuzjastów horroru - stąd właśnie skupienie bardziej na wizualnej stronie filmów, uwaga skierowana na autorów efektów specjalnych (choć Jack Pierce nie został wymieniony w żadnym miejscu!) i analiza (jeśli już pojawia się jakakolwiek) jedynie wątków czy też tropów tematycznych, a nie symbolicznych znaczeń.
Zdarzają się Paszylkowi potknięcia mniejsze i większe – nieścisłości fabularne, biograficzne i nietrafione interpretacje, ale nie przesłaniają ogólnego pozytywnego wrażenia z lektury całości. Jednak zdarzają się wpadki poważniejsze – we wstępie autor pisze o wielości definicji horroru i trudnościach z domknięciem granic gatunku. Żeby to zobrazować powołuje się na "Filozofię horroru" Noela Carrolla, "gdzie autor przez trzysta stron z zapałem wykazuje słabości dziesiątek istniejących definicji gatunku, aby ostatecznie zaproponować nam swoją własną – równie dziurawą jak wszystkie pozostałe". Paszylk twierdzi, że jeśli stosować wykładnię amerykańskiego teoretyka filmu, to do horroru nie zaliczymy np. "Psychozy". Polecałbym jednak czytanie całych książek, a nie tylko posłowia tłumacza, bo Carroll wyraźnie w książce zaznacza, dlaczego arcydzieło Hitchcocka wyczerpuje warunki jego definicji.
Takich zastrzeżeń można mieć jeszcze wiele. Jednak uwagi krytyczne są jedynie wynikiem lekkiego rozczarowania doborem materiału przez autora. Większość filmów zawartych w leksykonie to faktycznie klasyczne pozycje, których nie wypada nie znać i jeśli czytelnicy Paszylka obejrzą zestaw przygotowany przez niego, zdobędą wiedzę potrzebną do kompetentnego odbioru innych produkcji. Ale autor pozwolił sobie na to by jego miłość do kina konkretnego okresu (w tym wypadku lat 80), przesłoniła mu ambitne zadanie jakie sobie założył. Mój osobisty zawód pogłębia również fakt, że zaproponowane w książce odczytania zawartych w niej filmów są jedynie poprawne i dość powszechnie znane. Zdaję sobie jednak sprawę, że to pozycja popularyzatorska, a nie naukowa. Dlatego zastrzeżenie mam następujące - obraz historii horroru przedstawiony w leksykonie jest niepełny i szczegóły się nie zgadzają. Ale dla czytelnika zaczynającego interesować się horrorem praca Paszylka będzie kopalnią wiedzy i dość dobrze naszkicowaną mapą, gdzie warto udać się najpierw. A też i przyjemną lekturą. Bo autor pióro ma lekkie i notki o filmach są sprawnie napisane, a przy tym często autentycznie zabawne. Szkoda może, że czasami zbyt dużo miejsca poświęca się streszczeniu fabuły, ale przy takiej objętości materiału trudno czasem zachować proporcje. Porównując "Leksykon filmów grozy" z książeczką Andrzeja Pitrusa, trzeba stwierdzić, że pozycja nowsza bije dzieło krakowskiego filmoznawcy na głowę. Jest obszerniejsza i bogatsza w informacje. Żartobliwie można stwierdzić, że przez umieszczenie na okładce Nosferatu, Paszylk chciał nawiązać do podobnej okładki "100 filmów grozy" - napisać pozycję aktualniejszą i lepszą. I należy przyznać, że mu się to udało. Jednak w moim osobistym rankingu na pierwszym miejscu, dotychczas niezagrożony, stoi "Seans z wampirem" Andrzeja Kołodyńskiego.
Zdecydowanym plusem pisarstwa Paszylka jest fakt, że nie boi się on iść pod prąd utartym ocenom i poglądom niejako "obowiązującym" w horrorowym światku. Potrafi docenić film zdecydowanie z niższej półki, tylko za specyficzny klimat czy ciekawy pomysł, a jednocześnie nie padać na kolana przed żelaznymi klasykami i spojrzeć na nie krytycznym, choć nadal przychylnym okiem. Język, którym posługuje się autor jest przyjemny w odbiorze, "Leksykon Filmowego Horroru" można czytać niemal jak prozę - zastanawiając się co też przygotowane zostało dla czytelnika na kolejnych stronach. Nawet starzy wyjadacze znajdą w tym dziele kilka nieznanych sobie faktów czy ciekawostek, co jest też warte podkreślenia. Kompletnie absurdalnym natomiast wydaje mi się pomysł umieszczania przy każdej recenzji swego rodzaju "plusów i minusów", najwyraźniej inspirowanych macierzystą redakcją autora. Profesjonalny opis filmu powinien charakteryzować się tym, że nie trzeba robić do niego streszczenia w formie wymuszonych i małośmiesznych żartów. Po przeczytaniu każdego opisu w "Leksykonie" czytelnik będzie wiedział, czy dany film jest dla niego, czy też nie. Opisy są na tyle kompetentne, że owe rekomendacje i antyrekomendacje zbytecznie zaniżają poziom. Im mniej napisane o nich, tym dla autora lepiej.
Uznanie należy się za pomysł wydania takiej książki i chwała Paszylkowi, że zadania się podjął. Szkoda tylko, że pozycja ta adresowana jest do bardzo konkretnej grupy odbiorców - dopiero zaczynających swoją przygodę z horrorem. Dla tych, którzy z gatunkiem zaznajomieni są nieco więcej niż pobieżnie, lektura będzie raczej mało satysfakcjonująca (chyba, że kogoś bawi wyszukiwanie nieścisłości). Nadaje się natomiast na prezent dla kogoś, kto obejrzał "Piłę III" i twierdzi, że to najlepszy horror ostatniej dekady. Taka edukacja nastoletnich fanów grozy zdecydowanie się przyda, bo jeśli poczytać niektóre fora internetowe, gdzie wzmiankowani miłośnicy "Piły" się wypowiadają, to włosy potrafią stanąć dęba. Z kilkoma zastrzeżeniami można polecić ten leksykon jako kieszonkowy elementarz. Mam nadzieję, że doczekamy się drugiego wydania, poprawione zostaną błędy merytoryczne, a przede wszystkim lista filmów zostanie uzupełniona o pozycje absolutnie kluczowe.